Wierność sobie to kontaktowanie się ze
Źródłem.
W każdej chwili
Bezczasu.
Być zieloną rośliną z bijącym sercem w
Centrum.
Czego mi potrzeba?
Co jest niewygodą gdy nie dostaję tego co chcę?
Co nie pozwala mi skontaktować sie z tym co "nieprzyjemne"?
Czym jest to niepozwalanie?
Zrelaksować się w "niepozwalaniu".
Wdech i wydech,
spokojnie leżące zwierzę o mokrym nosie i lśniącym futrze,
Miękki ciepły brzuch.
Mruuuu....
Twarde barki,
Ból w zaciśniętych szczękach,
Krótki oddech.
Miękkość odnaleziona w bólu.
Relaks w "niechcianości".
Jak dobrze, że zepsuł się tramwaj,
Że wysiedli z niego prawie wszyscy ludzie,
A pan maszynista zamknął drzwi i jest ciepło.
Stoimy na moście,
Z prawej i lewej strony przewala się ciężka rzeka pojazdów,
Pod mostem toczenie się szarej masy wody,
Z nieba mokre strumienie deszczu przecinają
Powietrze
Tramwaj i ja opieramy swoje metalowo mięsiste ciało
O tory.
Toczymy się jak gruba dżdżownica przez zmęczone miasto.
Przecinamy powietrze tworząc tunel w
Nierzeczywistości.
Jestem iskrą życia,
Kłębkiem atomów,
Orgazmem,
Ruchem,
Zmianą.
Dalej nie wiem o co w tym wszystkim chodzi.
Pozwalam się porwać szaleństwu głowy,
Zanurzam się w cierpieniu, bólu,
Po same uszy.
Poddaję się
Niezrozumieniu.
I wkurwu, który drepcze zaraz za nim
jak kurczowo uczepione spódnicy mamy
dziecko.
Zaciskanie i tłumienie powoduje we mnie permanentne cierpienie,
Nie mogę oddychać, duszę się!
Zaciskam z całej siły pośladki i joni,
Zamknę się na seks albo będę się dużo pieprzyć niewiele czując, ukrywając się pod płaszczem "wyzwolonej seksualnie", oszukując samą siebie, że jest mi dobrze.
Robię to żeby stłumić ból, uspokoić, chociaż na chwilę, wyjące potrzeby.
Zaciskam całą twarz,
Widnieje na niej skamieniała złość,
Zamrożona rozpacz.
Mogę tak żyć, bo chodzę do najlepych lekarzy, ćwiczę jogę, chodzę na terapie, reiki, shiatsu... ale to daje tylko chwilową ulgę.
W moim zaciśniętym bolesnym ciele, znów coś pęka, psuje się, krwawi,
Znów potrzebuję naprawić, zaszyć, stłumić,
i tak w kółko...
"Co mogę zrobić, żeby Ci ulżyć? Jak mogę Ci pomóc, najdroższy mój Skarbie, Kochanie?"
"Dotknij mnie, przytul, rozmasuj brzuch i całe obolałe ciało, nie wstydź się mnie, nie brzydź, nie bój się, zaśpiewaj pieśń, proszę..."
Robię to, mruczę, nucę, dotykam miękkiego ciepłego ciała, które pod moimi dłońmi ożywa, nabiera kolorów, pięknieje, wypełnia się boską seksualnością... Z miękkiego ciała rodzi się wycie, jęk, krzyk... Powoli się rozwija, jak lament, głos Boga, pieśń niezliczonych kobiet: bitych, gwałconych, mordowanych... Poniżanych na wszelkie sposoby. Niewyobrażalnie nieludzko...
MAM PRAWO WRZESZCZEĆ, MAM PRAWO STANĄĆ NAPRZECIWKO OPRAWCY I WYDAĆ Z SIEBIE GŁOS SPRZECIWU, WALKI, BÓLU. MAM PRAWO ZACISNĄĆ PIĘŚCI, BIĆ Z CAŁYCH SIŁ, KOPAĆ, UCIEKAĆ, GDY NIE MA INNEGO WYJŚCIA. MAM PRAWO BYĆ WŚCIEKŁĄ SUKĄ, MAM PRAWO BYĆ W BÓLU, HISTERII, ROZPACZY. MAM PRAWO WALCZYĆ DO OSTATNIEJ KROPLI KRWI. MAM PRAWO STANĄĆ PO SWOJEJ STRONIE. KOCHAĆ
Czasem miłość wygląda inaczej niż w disneyowskiej bajce, grzecznym serialu, produkcie, który nam sprzedaje społeczeństwo.
Miłość ma każdy kolor i każdy smak.
Nie ma granic ani definicji.
Jest ulotna, nieuchwytny, a jednocześnie nie ma niczego co byłoby bardziej oczywiste od Jej Istnienia.
Miłość daje miejsce w tym świecie na dokładnie wszystko.
Czy może być lepszy dowód na Jej bezwarunkowość?
Świat jest niezaprzeczalnym dowodem Jej Istnienia.
Niby wszystko jest OK
Wygląda bardzo ładnie.
Z zewnątrz.
Jest ładny dom
(nie ma tu jednak miejsca na dobrą sztukę, nieład, spontaniczność, na brud...)
Sztuka jest umierakowanie dobra, zrozumiała, przyjemna.
Wszystko jest najwyżej w "niewielkim nieładzie", takim przyzwoitym.
Ale przeważnie wszystko jest posprzątane.
Gotowe na przyjęcie niespodziewanego gościa.
Żeby go nie zapeszyć, zawsze jest "nie do końca idealnie",
bo jestem mistrzynią skromności.
Mam ubezpieczenie, zebrane pieniądze na emeryturę.
Nie za dużo (bo za dużo przecież nie przystoi!).
Nie ma miejsca na ryzyko.
Na "nieprzemyślane zachowania"
Na szaleństwo.
Gdy ktoś z otoczenia tak robi:
Wychyla się, robi rzeczy "niegrzeczne", "seksualnie wyzywające", dzikie,
Krytykuję, oceniam, karcę.
Przewiduję "zły koniec"
Przestrzegam, udając "dobrego przyjaciela, który dobrze życzy".
Na niby się rozwijam.
Przepisowo chodzę na warsztaty rozwojowe.
Zgodnie z modą:
Najpierw joga, potem ustawienia hellingerowskie, tantra, mindfulness ...
Ale nigdy nie wchodzę zbyt głęboko,
tylko tyle żeby pokazać sobie i innym "ile już przerobiłam".
Radzę innym: co mają zrobić, jak pracować, jakie metody byłyby najskuteczniejsze.
Bo wszystko już wiem, "przecież tyle już przerobiłam"!
Tylko zupełnie nie wiem czemu co jakiś czas zapadam się w depresję, Nie mogę spać, Wciąż się za coś karcę: że jem za dużo, że przytyłam, że za mało praktykuję... Towarzyszy mi ciągłe napięcie.
Tak trudno to ukryć, tyle mnie to kosztuje wysiłku, to tak boli!!!
Czyżbym jednak się nie zmieniała, nie rozwijała?
Tyle lat pracy, a ja wciąż jestem nieszczęśliwa???
Nie, nie, nie, to niemożliwe!
Zaraz temu wszystkiemu zaprzeczę, przecież jestem w tym mistrzynią!
Umiem udawać przed samą sobą najlepiej na świecie: jest OK, wspaniale, głowa do góry!
Najwyżej trochę sobie popłaczę, zadzwonię tam gdzie trzeba, może nawet mam wianuszek wiernych "mamusiów", "tatusiów", "terapeutów", którzy utulą, stłumią wyjące z bólu dziecko i zaciskając pośladki, pójdę kolejny dzień do pracy której nienawidzę (ale uparcie wmawiam sobie i innym, że to lubię), poćwiczę kolejny raz zestaw asan (którymi w głębi ducha rzygam i mnie niemiłosiernie nudzą), które dadzą mi chwilowy spokój i jak zwykle stłumią skutecznie emocje.
Zamienią w "jogina zombie".
Posiedzę w medytacji, gdzie będę sobie wyobrażała, że medytuję...
I znów wzmocnię w sobie przekonanie, że jestem mądrzejsza i lepsza od większości ludzi zanurzonuch po uszy w samsarze.
Bo w sumie całkiem nieźle wyglądam, mam zgrabne ciało jak na swój wiek, przyklejone uśmiech i wymedytowany aksamitny głos.
Zdradzają mnie tylko bezdennie smutne oczy pełne niewylanych łez, od wielu lat... Oraz napięcie w głosie pełnym wyrzutu - utknięty w gardle, niewyrażany od dawna gniew, jak czarna gula, narastająca czym dłużej zatrzymywana, co jakiś czas wychądząca niekontrolowaną złością wyrzucaną na to co popadnie, co znajduje się blisko...
Czasem udaje mi się znaleźć kogoś, partnera, przyjaciółkę.
Której/któremu będę mogła się wypłakiwać do woli.
Stłumić wyjącą we mnie samotność, chociaż na chwilę, tymczasowo...
Cudowna natura współuzależnienia.
Tak często mylona z miłością!
Mój ukochany daje mi to czego sama dać sobie nie umiem.
Zapełnia dziurę nie do zapełnienia, nigdy nie do końca, bo zapełnić się jej nie da.
Daje jednak iluzję czegoś stałego, właściwego, czegoś "na co warto czekać", "po co warto żyć".
Społecznie akceptowalne relacje.
Jak z filmu, piosenki, reklamy...
Ładne, solidne, długotrwałe.
Współzależne robienie sobie dobrze:
Jedno czuje się dobrze, bo jest takie pomocne, ratujące, nareszcie się komuś przydaje, jest "niezbędne", często pracuje jako terapeuta, nauczyciel jogi, partner nie do zdarcia, wierny do grobowej deski, "idealny", doskonały katolik, czysty aniołek.
Drugie czuje sie dobrze, bo ma opiekę, karmiciela, słuchacza,
Kogoś kto ma niewyczerpaną cierpliwość, wszystko zniesie, uniesienia, zrozumie, poklepie, przytuli...
Pod spodem dzieje się gwałt, Przemoc, Morderstwo, krew płynie rwącymi strumieniami, Rozpaczliwe wycie z bólu...
Od lat niewysłuchiwane potrzeby, Zgwałcone i zarżnięte czujące serce, Stłumiona brutalnie seksualność, Ukarana, Spalona na stosie. Okaleczona dusza, Anioł bez skrzydeł.
Niech cały ten lęk, Samotność, Ból, Rozpacz, Wyleją się ze mnie szeroką rzeką w ramionach kochającej Matki. Niech wylewają się w każdej chwili, kiedy tylko przyjdzie taka potrzeba. Niech nie będzie we mnie ani odrobiny zaciśnięcia, zatrzymania, gwałtu. Niech wszelka przemoc, zauważona, naturalnie zniknie, pęknie jak bańka mydlana, niegroźna, nieistniejąca, wymyślona.
Ciekawe zjawisko:
Robienie wszystkiego szybko,
Szybciej,
jeszcze szybciej!
Zaciśnięte szczęki, skrócony oddech, sztywny język.
Żeby zdążyć,
wcześniej niż inni,
Żeby mieć z głowy,
Za sobą,
Gonienie czasu,
czegoś co jest PO tej chwili,
Chwila następna,
Cudowne potem,
Lepsze potem,
Obiecane potem,
Słodka nagroda,
Meta,
Odpoczynek,
Osiągnięcie celu!
Co za absurd:
Bycie jak osioł z przywiązaną na wędce marchewką,
Zawsze i niezmiennie przed nosem,
Czym szybciej osiołek biegnie,
Tym szybciej marchewka ucieka.
Równoległość ruchów.
Brak logiki.
Nadzieja
Matką
Głupców,
Osłów,
Ludziów.
Duże miasto,
Udawane uprzejmości,
Niemilusi milusi ludzie.
Grzeczności,
Uprzejmości.
Słowa bez pokrycia.
Grzeczne dziewczynki
I grzeczni chłopcy.
Teatr.
Nerwowe ruchy,
Przepychanie się,
Bo ja, ja, ja
I tylko ja jestem naważnjejszy!
Ja muszę dostać,
Zaspokoić głód,
Przetrwać!
Nieważne czyim kosztem,
Nie widzę trupów pod nogami,
Nie widzę śmierdzącego bezdomnego,
Żebrzącej Cyganki,
Narkomana.
"Weź się do roboty łachudro!"
Albo wręcz przeciwnie,
Ale znaczenie to samo/równoległość ruchów:
"Och, biedaku, masz tu 10 zł, kup sobię bułkę..."
Czujemy się źle,
Dobrze,
Nic nie czujemy.
Ale pędzenie jest,
Klapki na oczach.
Nie ma świata dookoła,
Nie ma między nami połączenia.
Ja mam potrzeby i sobie je zaspokoję,
Chociażbym miał zapierdalać za marchewką do grobowej deski!
Pierwszy dzień
Prawie nic nie czuję. Jestem jak zatkany zlew. Tyle tego jest, że chwilowo nie płynie. Jestem tak zmęczona, że nawet nie mogę zacząć się rozluźniać. Jeszcze trochę potrzebuję pobyć w tym "nic się nie dzieje", "wszystko jest OK", "niczego nie czuję".
Tak mi to dziś płynie właśnie...
Drugi dzień
Tysiące myśli, stają się wyraźne, przejrzyste, dźwięczne... Potrzeba spania, ludzie kołyszą się bezwstydnie na poduszkach. Zaczynają sobie pozwalać na odpuszczanie trzymania się twardo, sztywno, "we właściwej postawie medytacyjnej".
Powoli zmienia się energia.
Gdziekolwiek stoję, cokolwiek robię - powalająca rozkosz istnienia. Przeszywająca świadomość ciała. Dźwięczna jak walenie potężnego dzwona.
To za dużo, nie zasługuje na to!
Uciekam przed tym co chce się objawić.
Tym razem w pokojach mamy śnieżnobiałe koce.
O świcie jest zimno. W zakolu części sali czan dla kobiet, siedzimy otulone w lśniącą biel. Różne kształty kobiecego ciała. Miękkość rysunku, różnorodność, woda...
Znów pojawia mi się kobieta w bieli.
Taki mój czas - prowadzi mnie Biała Kapłanka.
Ufam Jej.
Trzeci dzień
Jestem w czasie gdy wiele tracę, gdy spotykają mnie porażki, gdy "nie jest tak jakbym chciała", gdy zdarza mi się "zdecydowanie za długo" ciąg nieudanych przedsięwzięć.
Moje życie to nie film amerykański, to raczej kino europejskie, do tego z półki tych mocno przeintelektualizowanych, ciągnących się w nieskończoność nudnych obrazków kręconych z ręki. Może Dogma? Albo jakiś rosyjski film, którego prawie nikt nie oglądał, z obsadą zupełnie nieznanych, brzydkich aktorów.
Szczekanie starego psa.
Wilgotny oczy.
Koleżanka z pokoju śpi skulona pod kołdrą.
Nuda....
Czy coś sie w końcu wydarzy???
A co jeśli już zawsze tak będzie???
O rany, uciec gdzieś...!!!
Co ja tutaj robię???
Eeee, OK, koniec klikania, poleżę sobie teraz i pobadam co to jest ta szaromazista nuda, będę sobie w niej brodzić, po kolana, po szyję, jak w "Melancholii" Larsa von Triera, ale bez Kirsten Dunst, za to z nieznaną aktorką o niezbyt białych zębach i "niedoskonałą" figurą , film jest czarno-biały i bez muzyki, bleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee..................................
Alleluja! Wgląd:
Byłam zawsze dobra w szkole, zdawałam egzaminy, bo... SIĘ BAŁAM! Robiłam to ze strachu, a nie dlatego, że to lubiłam, że było to moją pasją, że wogóle chciałam to robić! I do tego nigdy nie byłam wybitna, zawsze "wystarczająco dobra", tuż za czempionem... Same piątki i kilka czwórek...
Nuuudaaa...
Dopiero jak sobie pozwoliłam na bycie totalnym luzerem, mniej niż zero, rozbitkiem, przegraną, "najgorszą w grupie", okazało się, że niczego mi nie ubywa!
MAM PRAWO TUTAJ BYĆ, DOKŁADNIE TAKA JAKA JESTEM,
Z CAŁYM SWOIM PRZYBYTKIEM: EMOCJONALNYM, FIZYCZNYM, SWOJĄ ŁATWOŚCIĄ WE WCHODZENIE W EMOCJE, CZUCIEM, WRAŻLIWOŚCiĄ, SWOJĄ TWÓRCZĄ ENERGIĄ...!
Czwarty dzień
Wczorajsze słowa Nauczyciela, dziś we mnie grają.
"Nasz umysł jest jak dziecko. Ono chce się bawić poza domem, mimo że my byśmy chcieli, żeby w nim zostało.
Możemy się tym nie przejmować i pozwolić mu robić co chce, możemy też kompletnie odpuścić i zasnąć.
Możemy także przywiązać dziecko do stołu. Ono wtedy na pewno nie wyjdzie, będzie się szamotać, krzyczeć, aż w końcu uspokoi się, ale będzie bez życia..."
Skąd ja to znam?
Martwa galeria. Ujażmiona sztuka, państwo policyjne. Smutne szare wnętrze osaczone nakazami i zakazami. Wszystko zgodnie z przepisami. Pokoje zamykane na klucz. Chowanie się, lęk przed bliskością, brak komunikacji. Zdawkowe słówka, miłe i grzeczne, Udawanie, teatr. Wszystko niby gra, ale coś jest nie tak, Podejrzana martwota, cisza, brak kolorów, roślin, życia, sztuki...
Bo tutaj dzieje się przemoc. Nie można oddychać. Szok, utknięcie, brak życia. Depresja. Nie wolno się bawić. Ukażemy cię za: samowolę, śmiech, taniec, wolność. Za wszelki przejaw emocjonalności, bo to dla nas słabość, a słabości boimy się najbardziej, więc wypieramy ją na wszelkie sposoby. Musimy być silni, żeby nie zwariować, żeby nie dać się zalać tym co w nas wyje niewypowiedziane od tylu lat... To my jesteśmy władzą i nie puścimy jej za nic w świecie! Władza daje nam chwilowe poczucie bezpieczeństwa. Będziemy się trzymać w grupie, w relacjach, niezależnie od tego jak bardzo toksycznych, jak niewygodnych, za wszelką cenę. Zaciśniemy szczęki, będziemy znosić wszelkie niewygody, żeby siebie nie utracić, bo boimy się samotności, dorosłości, odpowiedzialności. Boimy się wolności. Każde nasze działanie jest podszyte lękiem. Lekiem przed nieznanym, przed zmianą. Bezlitośnie zaatakujemy tych, którzy będą zagrażali naszej, z takim trudem i w bólu, utrzymywanej konstrukcji, zastałemu ładowi. Czarno szare obrazy, Cieniutka warstwa farby. Niewyrażona żałoba, stłumiony gniew zawarty w obrazach smolistej wody udającej, że płynie, a tak naprawdę stojacej od lat. W tej wodzie nie ma wody, jest sucha, sztuczna, trująca. Twarze bez wyrazu, smutne oczy. Zakneblowane usta. Obóz koncentracyjny. Nieudany bunt nastolatki brutalnie stłumiony zanim tak naprawdę się zaczął. Gwałt. Niekochane dziecko poddało się. Umarło... Nie dziecko, ale też nie kobieta, unosząca się nad ziemią zjawa, bez gruntu pod stopami, bez mocy, mówi cichym głosem: "Teraz już będę grzeczna, już się nie wychylę. Będę pracować tak ciężko aż krew pójdzie mi z nosa, bo praca jest sensem życia. Będę się poświęcać, bo cierpienie uszlachetnia. Nie mam płci, Nie mam seksu, Nawet zapachu nie mam. Jestem czysta, Nieżywa. Nieskalana grzechem, nawet tym pierworodnym, gdyż się nie narodziłam. ........ Tak bardzo staram się robić jak mi każą: mamusia i tatuś, kościół, szkoła, państwo... Popijcie słodkie ciasteczko pucharem wypełnionym moją gorącą krwią. Nie ma już we mnie ani kropli, bo tego chcieliście, prawda? Na szerokim talerzu podaję wam pasztet z własnych flaków Oraz wyrwane dymiące łono. Czy teraz już jestem warta miłości?"
Utulam cię smutna galerio. Moje serce słyszy i czuje twoje cierpienie. Znam cię, ja też miałam tam swoją wystawę. Twoje ściany jednak już mi nie są potrzebne. Wybaczam sobie, że tak długa tkwiłam w miejscu, w którym czułam się źle. Wybaczam sobie, że nie odeszłam wcześniej. Wybaczam sobie, że nie uszanowałam swoich potrzeb. Wybaczam sobie, że chciałam dawać tam gdzie tego nie chciano, a wciąż zapominałam o dawaniu sobie. Wybaczam sobie swoje pomyłki, błędy, potknięcia. Mam prawo być niedoskonała, bać się, nie radzić sobie. To wszystko w porządku.
...............
Doprawdy nie wiem skąd mi się to bierze, ile tego jest..!
No ale rzygam dalej, niech się oczyszcza! Tym razem:
Wychowanie Nasi synowie i córki będą grzeczne. Będą przestrzegać reguł. Tańczyć tak jak im zagrają. Będą posłuszne, karne. Będą naszym wojskiem. Ich tłumione emocje wykorzystamy w wojnach: niech tam wyleją się szalonym okrucieństwem! Porządek musi być, Nie cierpimy bałaganu! Wpadamy w panikę gdy kupa wypływa. Wszystko kajaży nam się z gównem. Nienawidzimy odchodów, przez co wciąż o nich mówimy, Wciąż gdzieś coś śmierdzi, czym bardziej tego nie chcemy, tym bardziej jedzie, szambo wybija... Używamy najcięższej chemii, pestycydów, żeby ten smród i bałagan zlikwidować, bez skutku... Zarazki się uodparniaja, mutują w jeszcze silniejsze, niezniszczalne, żarłoczne... Chowamy trupy tych których wymordowaliśmy bardzo skrzętnie. Ślady naszych zbrodni musimy zataić. Posługujemy się dekretami, umowami, podpisami, Tworzymy wciąż nowe zasady, których trzeba przestrzegać pod groźbą kary. Jak spod ziemy wychynie czaszka, wpadamy w szał. Gówno znów wypłynęło. Ta zabawa nie ma końca! Kto mógł dopuścić do tak haniebnego niedopatrzenia??? Kara, kara, kara! Jak nasze dzieci nie będą nas słuchać, jak złamią przepisy, będą niegrzeczne, albo, nie daj boże, zaczną się beztrosko bawić, to mamy dla nich specjalne izolatki. Odetniemy im ręce, języki i uszy, wypalimy oczy, wyrwiemy genitalia. Będziemy za nich działać, widzieć, słyszeć, nawet pieprzyć się będziemy za nich. Ubezwłasnowolnimy totalnie, okaleczymy. Będziemy torturować, długo i powoli, Aż się złamią i staną tacy jak my. Wyplenimy wszystko co inne, co nie mieści się w ramach, przepisach, normach. Pod czarnym płaszczem kata chowamy Żyda, lesbijkę, Cygana... Tych których tak szczerze nienawidzimy. Bo najbardziej nienawidzimy siebie. Robimy to wszystko dla dobra: Naszych dzieci, Świata, Społeczeństwa, Sztuki. Bo to my mamy rację, my jesteśmy bogiem! Nikt inny!!! Bezlitosny tyran często chowa się pod postacią niewinnej dziewczynki o anielskim głosiku i wstydliwie spuszczonych oczach. Dobrym aniołkiem łatwiej zmanipulować. Wrzeszczący prymityw nigdy nie dostaje tego czego chce, chociaż aniołki chętnie otaczają się świtą krzyczących wściekłych służących - ktoś przecież musi za nich wykonywać brudną robotę. Bo aniołki są przecież zawsze grzeczne, czyste i nie robią niczego złego. One chcą tylko dobrze, unikają konfliktów za wszelką cenę. Rączki muszą pozostać nieskazitelnie białe. Aniołek i bluzgający cham są ściśle współzależni, tworzą często relację nierozerwalną. Jedno karmi się drugim. Jedno nie może istnieć bez drugiego. Współuzależnienie. Terror ma postać ofiary, zapracowanej bidulki, która wszystko zrobi sama, ale nigdy nikogo nie poprosi o pomoc. Co jakiś czas wybucha, obwinia świat, system, ludzi. Karze, gdy pada z wyczerpania, gdy już nie daje rady. "Jak mogłeś się nie domyślić czego mi potrzeba???" Nie chce jednak niczego zmienić, bo ta gra tak napawdę jej odpowiada. Może jest jedyną rzeczą jaką zna?
Lęk przed nieznanym, przed samotnością, może być trudny do przekroczenia, szczególnie gdy nieuświadomiony.
Pod tą tragiczną maską kryje się ropiejąca rana,
ból nie do uniesienia,
nieludzkie cierpienie...
It's OK, it's OK, it's OK... niech się wylewa to cierpienie, do końca, do ostatniej kropelki... Kocham Cię mała Królewno, moja Magusiu, mój Ty Skarbie jedyny, najdroższy, ukochany, Utulam Twoje płaczące Serce...
Nauczyciel o dobrych oczach i łagodnym uśmiechu, mówi:
A co jeśli uszanujemy naturalną żywotność dziecka?
Jego wolność i piękno.
Podejmiemy z dzieckiem zabawę. Stworzymy mu takie warunki, zaciekawimy go tak bardzo, że samo będzie chciało zostać w domu. Bawić się z nami.
Życie nie jest poważne.
Życie jest zabawą.
Praca z umusłem jest zabawą.
Sztuka jest zabawą.
A przynajmniej tak może być.
Na litość boską, mamy wybór,
zawsze!
Nie zabijajmy dzieci!
Piąty dzień
Bunt
Będę szła po trawniku, nie po chodniku,
Stanę w rzędzie dla mężczyzn, nie dla kobiet,
Wezmę prysznic wtedy gdy jest czas pracy,
Położę się naga na trawie i zacznę jeść ziemię gdy wszyscy będą siedzieć równo i grzecznie na poduszkach w medytacji.
Bo mogę i jeszcze wam pokażę!
A zresztą, chyba mi się nie chce nawet buntować...
Człap, człap, krok za krokiem, wdech, wydech, łyk herbaty z cytryną, bolące kolana gdy siedzę z nogami skrzyżowanymi, wzruszenie, otępienie, myślenie, złość, nuda, rozkosz...
Wszystko to.
Niech się dzieje!
Idziemy kochana Magusiu, weź mnie za rękę.
Będziemy się razem bawić.
Bardzo Cię kocham.
Szósty dzień
Całe ciało boli, każdy jego kawałeczek.
Słabość, zaczyna się choroba,
popłynęła krew miesięczna.
Wciąż się bronię, wciąż się staram, czegoś wyczekuję,
nie puszczam.
Puszczam niepuszczanie.
Ciało przestało boleć.
Rzęsisty płacz na spotkaniu z nauczycielami.
Tama puściła.
Metta
Niech będę zdrowa
Niech będę szczęśliwa
Niech będę wolna od cierpienia
Niech będę wypełniona miłością do siebie
Niech będę miała wszystko to czego potrzebuję
Siódmy dzień
Praca z umysłem-medytacja, jest jak wychowywanie ukochanego dziecka całkowicie bez przemocy.
Ósmy dzień
Jest miejsce na absolutnie wszystko. Na każdą myśl, emocję, pisanie, złość, rozluźnienie, napięcie, sen... Otulam cały ten kolorowy wachlarz swoją nieograniczoną miłością.
Cóż za ulga!
Ja naprawdę, naprawdę, naprawdę niczego nie muszę!
Praktyka może być całkowicie lekka, bez odrobiny napięcia!
Jest w niej miejsce na potknięcia, na lekkość, także na brak lekkości...
Ufff...
Metoda bez metody.
Nawet ta metoda to zbyt wiele.
To co się wydarza, nie wydarza się, bo nazwa, koncepcja, myśl, nie nadążają za tym co jest, nie mają żadnej siły, formy, masy, ciężkości, znaczenia...
Mam wrażenie, że jestem w cyrku, bawię sie trapezami, uczę słonie chodzenia na dwóch nogach, zionę ogniem, robię fikołki.
Czemu by sie tym nie bawić?
I CAN!
Więc bawię sie, bo mogę :D
Będę tak długo siedzieć aż porosnę mchem i wyrosną mi skrzydła.
Tylko po co?
Naprawdę nie wiem.
Zwątpienie.
Duszności, krótki oddech, tak mocne, że chwilami wydaje mi się, że się uduszę.
Wylew myśli po spotkaniu z nauczycielami tak wielki, że aż mi się zaczęło kręcić w głowie, a na medytacji w trakcie chodzenia przyłapałam się na długim staniu w przedziwnym przekrzywieniu ciała na bok i z debilnym wyrazem twarzy. To od tych myśli, tak się w nie zanurzyłam, że całkowicie straciłam kontakt z ciałem.
No doprawdy, rozkosznie jest na tej medytacji... ;)
Dziewiąty dzień
Na mowie dharmy wyobrażam sobie szczegółowo i wyraźnie jak przykładam sobie do głowy pistolet i strzelam prosto w łeb.
Uważam, żeby nie iść w analizę o co w tym wszystkim chodzi.
Z każdą chwilą upewniam się bardziej, że wyląduję w wariatkowie i będę biegać po korytarzu w za dużej piżamie w różowe misie i rozwichrzonym kokiem związanym kokardą w kolorowe kropki. Będę miała zeza, gruby tyłek i będę wydawać niezrozumiałe odgłosy chrumkania.
Fuck it, wypiłam za dużo kawy, idę do parku!
Leżę. W pewnym momencie poczułam się tak zrelaksowana, że miałam wrażenie, że zaraz wypadną mi wszystkie zęby. Brrr...
Dziesiąty dzień
Już w domu, wszystkie zęby są, policzyłam... ;)