Maga Yoga

Maga Yoga

niedziela, 31 marca 2013

PRZEPYCH

Dom jest bezpieczny.
Nieograniczone zasoby.
Niczego nie brakuje.

Dłonie rodzą złote monety.
Pod stopami wyrastają tłuste kwiaty o wonnych zapachach.
Biodra są pojemnikiem najsłodszych nektarów.
Piersi dają mleko.

Kwiat między nogami kryje w sobie najdziksze opowieści.
Jest istotą wolności, radości, nieokiełznania.

Nie da się mnie wytresować.
Tylko nieustraszeni mogą podejść.
Reszta boi się jak święconej wody.
Trzęsie jak osika.
Podkula ogon.



Nic nie muszę robić.
Się jest Boginią.
Zajebiście fajnie.
Idyllicznie.
Fallicznie.
Krystalicznie.
Bosko.



sobota, 30 marca 2013

KOCHANA SUKA JA

Dzika suka.
Nieustraszona bestia.
Namiętna kochanka.

Lew.
Tygrys.
Czarny pies.

Natura jest we mnie.
Jest moją matką, rodzicielką, karmicielką.
Jest potężna i nieustraszona.
Jak ja.
Córka Bogini.
Mleczna krowa.
Wilczyca.

Stoję w blokach startowych, kręcę biodrami, wiję się jak wąż, ocieram namiętnie o barierkę. Moje jędrne ciało wyrywa się do szaleńczego tańca, ekstatycznych ruchów. Chce się tarzać w płodnej, czarnej, wilgotnej ziemi. Jeść ociekające sokiem owoce. Śpiewać, wyć do księżyca, zanosić się dzikim śmiechem.

Mój autoprtret to ociekające grubą warstwą farby płótno.
Bogactwo, przepych, ogrom.
Oszałamiający zapach.
Ogniste kolory.

Niczego się kurwa nie boję!

Jezuniu najsłodszy, cudna istoto, Boże,
jak ja mocno
KOCHAM





sobota, 23 marca 2013

Kolano

Co to jest, ta dziura mienasycenia, to "nigdy nie wystarczająco", ten rozdzierający krzyk w piersiach, to wyjące z bólu dziecko? To bycie w "niesprzyjającym środowisku", takim w którym chociażby się stanęło na rzęsach, nie dostanie się tego czego się potrzebuje. Pełnej akceptacji, uwagi, bezwarunkowej miłości, wsparcia.

Zanurzyć się w ten ból totalnie i do końca, pokochać także i jego. Nie ma "złej sytuacji". Jest sytuacja. Być w miejscu Jestem. Tym dużym, nie tym małym, tym największym Jestem. Jestem i mam do tego prawo. Boskie prawo. I nie trzeba nic robić, samo bycie tutaj jest przyzwoleniem, radykalną akceptacją. Cudem. Miłością.


Od wczoraj nasila się ból kolana. Z każdą chwilą podsycając niewygodę, uwalniając demony. Odrzucenie, samotność, zimno.
Kolana to relacje. Tak powiedziała Ania. Pewnie ma rację, bo się zna.
U mnie relacje są dynamiczne jak wzburzony morze, żywe. Symfonia emocji, pasjonujący serial.
Co jeszcze może się przytrafić w tym Matrixie? Czy cokolwiek może mnie zniszczyć? Czy Matrix dysponuje takim narzędziem, taką tajemną bronią? 

Przyjemności, ból, nieprzyjemności, rozkosz, niewygoda, nuda, strach...


M powiedział, że z kolanem nic poważnego. Mam sobie kupić maść, nic się nie zerwało, mam bardzo elastyczne kolana, zrobił się silny stan zapalny.
Sztywne kolana: tendencje do egoizmu.
Nadelastyczne kolana: rozdawanie siebie na prawo i lewo, dawanie za dużo.
"Coś tam z ego się porobiło..." -powiedział M.
Ale o co mu chodziło?
Nie dopytywałam.
Lubię M, jest śmieszny.
Jak coś boli, wystarczy, że pomaca gdzie trzeba, ponaciska, powie diagnozę medyczną i psychologiczną i już mi lepiej :)

Z ciemności myśli i zmartwień znów na powierzchni, tam gdzie jaśniej. 
Ragda tarza się radośnie w połyskującym bielą śniegu.

Jeszcze utykam.

Jaką dać ilustarcję do tego postu?
Może zdjęcie z zeszłego roku. Na ulicy Kawęczyńskiej leży rozgnieciony kapsel.
Do okoła głównie sklepy alkoholowe, walące się kamienice na przemian z komunistycznymi blokami z płyty.
A na kapslu taki napis:






środa, 13 marca 2013

Anioł

Mój szalony umysł jest tak złożony, tak wiele w nim wątków, tyle głosów, że chwilami się zatyka, przepełnia. Już nic nie słyszę, nic nie czuję. Jakby mnie ktoś odurzył jakimś bardzo mocnym środkiem znieczulającym.

Wtedy wracam do ciała, powoli, czuję oddech.
Dziki koń wraca na swoje tory, skubie trawę, przebiera kopytami, potrząsa grzywą.
Jestem tu, wszystko rozpada się w tempie nie do uchwycenia, a jednocześnie jest ta krystaliczna cisza.
Raj.
Miękkość.
Bez formy, rzeczy, czasu.


Gdzie twa dusza aniele

Napis na szarej ścianie. Na pierwszy rzut oka nic tam nie ma, tylko jakieś rozmazane białawe kształty. Potem zaczyna się widzieć litery. Które układają się w słowa. Które budują znaczenie. Tworzy się historia w głowie. Każda głowa ma swoją. Opartą na doświadczeniach z przeszłości.
Odpływanie w baśń.

Gdzie twa dusza aniele?
Gdzie kończy się ściana a zaczyna anioł?
A jego dusza?
Czy anioł ma duszę?
Gdzie się ukryła?
Lata nad ziemią, a może jest gdzieś w środku?
Na zewnątrz czy wewnątrz?
Gdzie przebiegają granice rzeczy?
Czy można je narysować?
Najlepiej taką czerwoną przerywaną kreseczką, będzie łatwiej.
A niech niebieska obrysuje zarys dusz.
Żeby nie mylić jednego z drugim, bo przecież, rzecz, ciało, to nie to samo co dusza!
Nie daj Boże!
Dusza jest czysta i biała, przynależy do nieba.
A ciało brudne i skalane.
Trzeba je najpierw oczyścić, kajać się, żałować za grzechy.
Długo i boleśnie, najlepiej, żeby krew się polała, mieszając z potem i łzami.
Żeby przypadkiem nie trafiło się do piekła, bo wtedy to dopiero będzie przejebane!

Anioł stroszy pióra i odlatuje w siną dal, przytrzymując aureolę, żeby nie spadła i nie zabiła kogoś po drodze. Bo anioły są dobre i nie robią nikomu krzywdy. Nawet przypadkiem.

Amen.




Zapiski z odosobnienia

POTWÓR
9 marca

Życie jest takie podniecające.
Takie wartkie.
Czasem mam wrażenie, że moje ciało nie nadąża.
Jazda bez trzymanki.
Co jeszcze mnie spotka?
Nie ma czasu nawet na to pytanie.

Bo teraz właśnie coś się dzieje i to jest totalnie zajebiste,
aż mi się coś w środku wywraca, bije serce, płynie jakaś energia w jednej ręce, drugiej, zimny czubek nosa, gorąco w klatce piersiowej, przypływ radości, zalewający smutek, piekące oczy, odpływanie w sen...

Co za film, co za bogactwo. Odjazd totalnie totalny!
Jaki reżyser ma tak niespożyte energie twórcze, co za wspaniały szaleniec, geniusz!
Tylko bezgraniczna wolność, bezkres, pejzaż bez początku ani końca, poza podziałami.
Poza czymkolwiek.

Kocham, kocham, kocham!
Patrzenie w oczy człowieka, który tylko/aż jest.
Odbijm się w nim jak w gładkiej tafli czystego górskiego jeziora.
Czy naprawdę jestem ucieleśnieniem miłości?
Jak trudno to przyjąć, jakby coś rozrywało mnie od środka, klatka piersiowa pęka jakby przedzierał się przez nią Obcy.

Przepiękny potwór, zaśliniony smok o tysiącach zębów, geometrii gadziej skóry, niezliczonych lśniących kolorach.

Kocham cię Potworze.
Moja ty dzika wolności.
Nieujażmiona seksualności.

Drapieżco.


JEM
10 marca

Czuję się jak bobas. Ale samo do mnie nie przychodzi, muszę trochę jeszcze o to powalczyć. A co jakbym przestała się przejmować? Że komuś innemu nie starczy jedzenia, co sobie inni myślą, że jem jakoś obrzydliwe, nieładnie, że mi z ust kapie... Tylko zjeść ile mi się żyw nie podoba, aż pęknę, aż się nasycę na maksa. Jeść palcami, mlaskając, wylizując talerz, bekając i pierdząc.

Wciąż mogłabym zjeść więcej. Jeszcze gdzieś na końcu języka czai się głód, myśl o jedzeniu mocno mnie podnieca.

Ludzie są przyjaźni czy nie, nie wiem, nie jestem pewna. Patrzą, obserwują, oceniają. Przy jednych zachowuję się tak, przy innych inaczej. Dostosowuję się do sytuacji. Ciągły teatr.

Jak tu się nie zmęczyć?


PROSTE RZECZY
11 marca

Wycieranie naczyń, które wyszły z wypażarki.
Są bardzo ciepłe, czasem gorące.
Osuszam je wyprasowanym ręcznikiem.
Czasem trochę paży w ręce.
Muszę chwilę poczekać aż naczynie ostygnie.
To takie przyjemne trzymać w ręce ciepłą szklankę, skorupę dużej ceramicznej miski, talerz...
Wycierać kropelki wody.
Na szkle widać je wyraźniej niż na ceramice lub na sztućcach.
Gdy naczynie jest już suche, pocieranie o nie ręcznikiem wydaje inny dźwięk, ręcznik trochę haczy.

Naczynie lśni czystością.

Wciąż ciepłe przytulam do brzucha i zanoszę na odpowiednią półkę.
Niosę je na rękach jak najcenniejszy skarb, jak małe dziecko, niemowlę.
Ciepłe naczynie i moje żyjące ciało.
Ustawiam delikatnie każdą rzecz na drewnianej półce, zaprowadzam do ich rodzin, krewnych i znajomych. Do odpowiedniej zagródki, stajenki w której panuje półmrok a rodzina salaterek, widelcy i misek stoi niewzruszenie na swoim miejscu i czeka.


Słodka cudowność nierzeczywistych rzeczy.


CHUDA
12 marca

Chuda kobieta chodzi i patrzy. Nic się nie skryje przed jej sokolim okiem. Kontroluje każdy mój gest. Ukaże kiedy potrzeba. A poklepie po plecach, jak będę grzeczna. Jest jak wyrocznia. Ona wie co jest dla mnie dobre. A co złe. Uchroni przed pomyłkami. Powie co robić. Zaplanuje wszystko z góry na dół.

-Już ty tam się o nic nie martw! Jestem twoją mamusią, nauczycielką, panią, która myśli i robi za ciebie. Ty możesz sobie być jak to warzywko. Nawet trawić już nie musisz. Mamusia zrobi to za ciebie! Kupkę, siusiu. Ubierze, przebierze, wypierze, wytrze, podetrze.

Chuda kobieta lubi kiedy zaczynam się pieklić. Kiedy tupię nóżkami, nie zgadzam się, a nawet wyciągam broń i zaczynam walczyć. Nic sobie z tego nie robi. Uśmiecha się dobrotliwie. Ona wie, że zaraz mi przejdzie, że znów za chwilę położę się u jej stóp jak wierny piesek i będę się dawała głaskać po grzbiecie.

Luli tuli, tralala, mama bardzo kocha-a,
Tuli muli, trulululi, musi kusi, buzi bzi.


ZWIERZĘTA
12 marca

Pierwszy dzień: lecące łabędzie. Para białych dorosłych łabędzi i młody lecący za nimi, jeszcze szarawy. Wyglądały jak perły na tle zimowego pejzażu. Szum wielkich skrzydeł. Dostojeństwo.

Drugi dzień: drogę przebiega duży zając. Długie skoczne zajęcze nogi. Kic, kic, ogromne susy przez ogród. Zostawia za sobą ślad swoich łapek. Nuty na pięciolinii, szalona piosenka marcowego zająca.

Trzeci dzień: stado sikorek. Grzebią w ziemi, wydziobują ziarenka. Prawie w ogóle się mnie nie boją. Stoję tak blisko, że mam ochotę wziąć do ręki grubą sikorkę, pogłaskać, przytulić do serca, poczuć bicie jej maleńkiego serduszka.

Odgyźć jej główkę.

(Tak, naprawdę to mi się pomyślało, aaaa!
Niech szlag trafi podświadomość! :D)

Zwierzę we mnie.
Ja-zwierzę.
Wrrrr....


KOCHANIE SIEBIE
12 marca

What stops you from being free and happy?

Buntuję się jak nastalotka dając tym samym władzę mojej rodzinie. Wciąż będąc im wierna. "Dobra", posłuszna (nieposłuszeństwem), myśląc, że tym sposobem zasłużę sobie na ich miłość.
To jest prosta odpowiedź i wydaje się, że wiem o tym od lat.
Tymczasem ten mechanizm działa na przeróżne podstępne sposoby, często wydaje się, że nim nie jest, że właśnie z wierzchu świetnie sobie radzę. Tymczasem to tylko gra, maska. Pod spodem czai się lęk a chuda kobieta chichocze z zadowolenia, bo dalej gram w jej grę.
Wszystko idzie po jej myśli.
Jest cacy.

Zdradza mnie tylko notorycznie zmęczenie, bolące kości, smutek.
Pozwalam sobie na przyjemności, ale nie tak do końca.
Tuż przed pełnią następuje stop, wycofanie, ucieczka.
A także ciągłe zmienianie zajęć, miejsc, relacji. Tworzenie, a gdy już się rozpędzę, stop. Zmiana. Nowy projekt.
Potrzeba posiadania wiecznej wolności, żebym zawsze miała otwartą furtkę. Żebym mogła w każdej chwili łatwo zawrócić, zacząć od początku.

Ale to już przeszłość.

Jestem dorosła, decyduję się na bycie konsekwentną.
Nie chowam się już.
Nie wstydzę.
Nie utykam w wąskim przesmyku.
Widzę wiele możliwości. Pochylam się nad nimi.
Spokojnie, w swoim tempie.
Powoli.
Wybieram najlepsze wyjście dla siebie.

Bo kocham siebie.
Mam niespożyte siły, energię, falę życia, która gdy ją czuję, gdy mam do niej dostęp, to już nic nie ma znaczenia.
Bo sama jestem dzikim wolnym koniem, którego dosiadam.
Jestem swoim własnym najdroższym dzieckiem.
Kwiatem o karminowych płatkach.
Żywych, mokrych, pachnących.

Jestem Bogiem.


ZAUFANIE
13 marca

Ufam nieufności.
Utulam ją, traktuję z największą delikatnością.
Jak motyla o cieniutkich czółkach, delikatnych nóżkach i jedwabnych skrzydłach.

Pozwalam sobie na brak zaufania.

Pochylam się nad motylem, badam subtelną sieć ornamentów na skrzydłach.
Liczę segmenty, z których składają się motyle nóżki, czółki i wąsy.
Przyglądam się jego kolorom zmieniającym się pod wpływem kierunku, z którego pada światło.
Badam go ostrożnie, żeby się nie przestraszył, żeby nagle nie odleciał.

Patrzę mu w oczy, szukając w nich źródła cierpienia.
Pozwalam trwać smutkowi tyle ile potrzebuje, nie pospieszam, nie tłumię.
Buduję dla niego miękką kanapę, karmię zdrowym jedzeniem, poję najlepszymi napojami, dbam o ciepło i wygodę.

Jestem zawsze przy nim.

Motyl był gąsienicą, za jakiś czas umrze i zamieni się w pył, z którego wyrośnie nowy byt.

Co kryje się za zaufaniem nieufności?

Ufaniem Sobie?















poniedziałek, 11 lutego 2013

Trzy Kapliczki

Pociąg z lotniska.
Pociąg na lotnisko.
Mieszkanie.
Spacer z psem.
Zakupy.
Komputer.
Spanie.
Jedzenie.

Emocje,
jak rwąca fala.
Gora, dół,
Sztorm,
Cisza,
Falowanie.

Rzuca mną z miejsca na miejsce.
Z kraju do kraju.
W powietrzu, na ziemi.
Stoję, leżę, siedzę, chodzę.

A w międzyczasie ciało się starzeje.
Powstaje nowa zmarszczczka.
Bolą kości.
Organy wewnętrzne trawią, przetwarzają, pompują.
Męczą się, ciało się wyłącza.
Jak grzejnik w moim domu, co jakiś czas przerwa, czas na regenerację.
Leżę.
Nie pozwalam sobie/pozwalam.
Udało się/nie udało.

Zimno tu.
Szaro.
Cicho.
Każdy w swoim świecie/głowie.

Przekonania.

Trzeba, powinno się, muszę.
Wolno, nie wolno.
Zwarty szereg, marsz,
do roboty!
Oby na czas.
Wykonać plan.
Za wszelką cenę.
Szybko.

Planowanie.
Spisywanie.
Omawiane.

Reguły
Zasady
Nagrody
Kary
...Kali


Trzy obrazki, trzy kapliczki.

1. Romantyczna ławeczka w parku, przy zamarzniętym jeziorku, pod wierzbą.
Na ławeczce wulgaryzmy.
2. Kapliczka w parku, w mroźno białym domku o obłych kształtach, mnogość kolorów. Czarna Madonna, żółty ukrzyżowany Chrystus, Matka Boska w koronie, (a może Jezus? Nie wiem), złote szyszki, czerwona szklana świeczka jak joni albo język węża, tuż poniżej świetlistego Chrystusa w perłowej ramie. Sosnowe gałązki, czerwone kwiaty, białe róże.
3. Hinduski przydrożny ołtarzyk. Pięć trójkątnych kamieni ubranych w czerwone spódnice. Na kamieniach wyrzeźbione dwa węże, symbol energii Kundalini. Kobra. Przed kamiennymi bogami w spódnicach stoi Trójząb Sivy, na nim wbite limonki, zawieszone korale z żółtych kwiatów.


Trzy światy?


W kolejce do bramek lotniskowym stoją przed nami (mną i moim kochankiem), trzy zakonnice.
Milusio się do siebie uśmiechają, szepczą, żartują.
Lepka słodycz.
Dobroć.
Mijają nas młodzi księża.
Zakonnice leciutko się rumienią.
Opuszczają wzrok.

Chichoczą czy tylko tak mi się wydaje?





środa, 30 stycznia 2013

Tranzyt

Wracam.

Ale skąd?
Do czego?
Jeśli nie mam odpowiedzi na te pytania, to czy wracam wogóle?

Jestem w samolocie.
W przestrzeni bez granic, bez tożsamości narodowej.
Wysoko, zimno, nad chmurami.

Nie wiem czy jest dzień czy noc.
Poranek czy wieczór.
Zagubienie.

Planowanie.
Zacisk mięśni.
Lęk.
Stres.
Twarde szczęki.
Myślenie.

Żołądek jeszcze trawi Indie.
Dostosowuje się do delikatnych niemieckich bułeczek jakie zaserwowała nam Lufthansa.
Druga kawa.
Zupełnie inna od tej hinduskiej, sprzedawanej na przydrożnych stoiskach.

Samolot zaczyna opadać.
Zbliżamy się do kraju dobrobytu.
Szklanych czystych wieżowców.
Ludzi schowanymi za swoimi telefonami, laptopami.

Samotność.
Wkrada się jak stara dobra przyjaciółka.

Witaj samotności.

Wspomnienia ostatnich spotkań w Indiach.
Mokre oczy gdy mijamy taksówką bramę do aśramu.

Wrócę.

Tylko po co?

Po nic.

Ale wrócę.
Upór.
Upiór.


Wylądowaliśmy we Frankfurcie.
Szaro.
Uderzenie chłodnego powietrza.
Radość.
Podniecenie.
Znajome klimaty.
Dom.


Sterylna cisza.
Ludzie nie zwracają na siebie uwagi.
Są bardziej wyluzowani.
Nie obowiązuje nas już jakiś kod, zasady.
Niby można wszystko, wolność, a jednak jakby czegoś brakowało.
Jest jakaś smutna pustka.
Nie ma już zapachu kadzideł,
śpiącego w kącie sadhu,
zapalonych świeczek,
śpiewu mnichów,
trąbienia, nawoływania,
krów, psów, śmieci...

Jest ciche buczenie lodówki,
bezgłośny duży ekran telewizora,
dużo pustych krzeseł.

Parę godzin temu stoisko z kolorowymi słodyczami.
Teraz sklep z zegarkami.
To i tu mnogość kolorów.
A jednak-jedno bezczelnie głośne, brudne, zakurzone, tanie, nietrwałe i pełne mocnego smaku słodyczy.
Drugie-solidne, czyste, niezawodne, trwałe, ładnie opakowane.
Bez smaku.


Czekam na samolot do Warszawy.