Maga Yoga

Maga Yoga

środa, 16 stycznia 2013

Przyjemności i nieprzyjemności

PRZYJEMNOŚCI

~ picie dużej porannej kawy na przeciwko aśramu oraz uczucie zaraz po jej wypiciu-uniesienia, radości, przypływu energii.
~ słuchanie śpiewu mnicha otwierającego jaskinię Skandaśrm. Uczucie wibracji w ciele, przeszywających do szpiku kości, wzruszenie.
~ schodzenie z góry Arunachala. Ciepło na gołych stopach, oddawane przez prawie puszyste czerwone kamienie.
~ widok ulubionego sprzedawcy kamiennych rzeźb na zboczu góry. Wspólny śmiech, radosne powitanie, pokłon. Dotknięcie serca.
~ widok ulubionego mnicha siedzącego na zboczu góry. Radosny okrzyk:
-dzień dobry! Where are you from? Brazil? You look like an actress from there. When you smile :)
-No, Poland.
-ah, Poland! Dzień dobry! :D
Codziennie mnich zapomina skąd jestem, ale "dzień dobry" jakoś zapamiętał :)
~ jedzenie: idli, tali, soczystych owoców, świeżego kokosu... Rozkoszowanie się każdym kęsem.
~ moment gdy Shiva Shakti patrzy na mnie: uczucie roztapiania się, rozpadania, wibracji, miękko, ciepło, oddech, bicie serca. Wzruszenie. Miłość. Bezkres.
~ huśtanie się na krześle na tarasie biblioteki Quo Vadis. Senność, spokój, poczucie bezpieczeństwa.
~ prysznic-polewanie sie ciepła woda z wiaderka. Rozkoszne uczucie mięknięcia skory, całego ciała. 

I wiele innych...


NIEPRZYJEMNOŚCI

~ przechodzenie obok ścieków, kwaśny zapach, zbieranie na mdłości, obrzydzenie.
~ trąbienie autobusów, rikszy, motorów. Szczególnie gdy jedzie zaraz za mną, i trąbi znienacka, wydaje się, że bez innego sensownego powodu poza przestraszeniem mnie i wkurzeniem.
~ żebracy, szczególnie żebrzące kobiety, ich wołanie: MA! MA!!! Wyciągając chude kończyny, pokryte chorobą, obwiązane brudną szmatą lub ucięte kikuty... Poczucie zagubienia, bezradności, złości, na kogo? Na siebie, na tych żebraków, na świat... Nie wiem... Nic nie daję, przeważnie. Potem poczucie winy. Kobiety pod nosem rzucają jeszcze wiązankę przekleństw. Poczucie bycia malutką, garbienie się, przyspieszenie kroku, przejmujący smutek.
~ gapienie się Hindusów, szczególnie młodych chłopców jeżdżących na rowerach i wołających "hallo!", a następnie wyciągających brudną rękę do podania, żeby choć trochę móc pomacać białą kobietę. Już nie podaję ręki. Obrzydzenie, wściekłość, chęć zrobienia krzywdy, opierdolenia, uderzenia.
~ pocenie się, gdy idę w środku dnia. Mokre gacie, koszulka, a ja muszę mieć zarzuconą na ramiona hustę, żeby Hindusi nie zeżarli mnie wzrokiem. Obok mijają mnie faceci w samych majtach. Wkurwienie na system, lepienie się ciała, śmierdzenie.
~ mulenie w brzuchu, słabość, zimno i ciepło na zmianę, symptomy zbliżającej się sraczki. Myśli: Fuck, a w tym roku miało jej nie być, przecież piję regularnie srebro koloidalne jak poradziła mi Ania! Jest tyle rzeczy, które chcę zrobić, a jedyne na co mam teraz ochotę, to leżenie w łóżku w moim ponurym pokoju. Nie chcę już się oczyszczać, nie chcę już być chudsza! Fuck, fuck, fuck!!!

I wiele innych...


Z rzeczy, które mi się jeszcze przytrafiły i które są może godne odnotowania oraz trudno je jasno podzielić na przyjemne lub nie, to:
Po drodze na górę dorwał mnie pan wyciągając ze swojej torby czarny kamień, mówiąc:
- magnet stone! From the top of the mountain! When you hold it in your right hand when meditating, you feel great energy coming from it!
Where are you from?
- Poland.
- Ah, Poland, Holland, Holland, Poland! :D Many friends from there!
Wzięłam kamień, dałam panu 10 rupi.
Poszłam do jaskini, siadłam do medytacji ściskając cały czas kamień w prawej ręce.
Nie poczułam żadnej energii.
Za to kamień faktycznie pachnie szczytem góry: smołą, ogniem, ceremoniami ku czci Shivy.

Gdy znane mnie mulenie w brzuchu oraz mdłości zaczęły się rozkręcać, wpadłam na Karen Richards a zaraz potem na białego konia.
Popatrzyłam przeciągle na białego konia, koń na mnie i poczułam: co tam, zagadam do niej o te satsangi.
Karen mówi głośno i wyraźnie. Ma jasne oczy.
Okazało się, że dokładnie od dziś zmieniają lokalizację, satsangi były na przeciwko mojego hotelu do tej pory! A teraz nie wiadomo, mam sprawdzać fb... Ok, sprawdzę, może pójdę jutro, jak nie dostanę sraczki...

Sraczka czy Karen, oto jest pytanie! ;)



Przyjemność, nieprzyjemność, wygoda, niewygoda, sraczka, satsang...

Kalejdoskop życia.






cielak je plakat




magnet stone


niedziela, 13 stycznia 2013

Śniadanie

Czekam na śniadanie.
Bardzo niepewnie i z lękiem wyciągam mojego iPada.
Jestem w typowo hinduskiej knajpce, brudno, ciemno, jeszcze nikogo nie ma, tylko krążący właściciele, kucharze.
Jedzenie tu jest najlepsze. Posiłek z kawą kosztuje 40 rupi.
Już jem ręką, nie myślę o proszeniu o łyżkę.
Chociaż powiedzenie, że wtapiam się w to miejsce, to zdecydowanie za dużo.
Nie mam o Indiach pojęcia.
Jestem ich obserwatorką. Do tego mocno przestraszoną. Ostrożną. Oczy szeroko otwarte.
Ślizgam się po powierzchni tego cielska, tej kultury, tej kolorowej masy ludzi, zwierząt, rzeczy...

Przyszli turyści, Niemcy, już wiedzą o tym miejscu.
Tutejsi też już są przyzwyczajeni do turystów, ale tak jak ja z Indiami, oni też nie są w stanie nas poznać. Inne zwyczaje, inne gesty, inne znaczenia, interpretacje.

Jak łatwo się pomylić, zrozumieć coś zupełnie odwrotnego!
Robimy to w swoich krajach, gdzie się urodziliśmy, uczyliśmy języka, zwyczajów, od początku. A jednak: ranimy się, nie rozumiemy, chcemy jak najlepiej, a kończy się dramatem. Niezaspokojeniem, pretensjami, bólem.
Tutaj wszystko to dzieje się wiele razy intensywniej. Jest nam podane na tacy, tuż przed nosem. Masz, patrz, zanurz w to swoją gębę! A jak nie, to Indie same zrobią to za ciebie.

Co możemy zrobić, żeby dostawać to czego nam potrzeba i dawać gdy mamy z czego, z otwartym sercem, z miłością? Jak to zrobić? Czy jest tylko jeden, a może kilka scenariuszy? Dwa, trzy, dziesięć...?
Dziś uderzyła mnie na medytacji taka myśl: że różnorodność i wielość rozwiązań, dróg, jest nieskończenie wielka. Liczba składająca się z trylionów cyfer, jak gwiazdy na niebie, bezkres kosmosu.
Chcemy tam włożyć rękę, wetknąć głowę, pomacać, zrozumieć, i przepadamy w bezkresie. Toniemy w niekończącej się przestrzeni.

Poddać się totalnie, oddać Istnieniu, jak kochanka kochankowi, jak kochanek kochance.
Niech płynie rzeka uniesienia.


Dostałam kawę ale śniadania dalej nie ma.
Czekanie.
Poza medytacją, czekanie jest praktyką równie mocno obecną w tym miejscu. Wpadającą jak niechciany, niezapowiedziany gość. Wciąż na nowo przypominającą o swoim istnieniu.
Mija minuta, pół godziny, godzina... Co robić? Plan dnia się wali, niewygoda. Złość. Wkurwienie. Ktoś jest winien! Ktoś to robi na złość!
Można opieprzyć Hindusa, ale on się tym specjalnie nie przejmie. Najwyżej uśmiechnie i powie: wait, wait! No problem :)

Okazało się, że znów mnie nie zrozumiano, dostałam kawę bez śniadania, bo myśleli, że prosiłam tylko o kawę, a ja powiedziałam: idli AND coffee!

Dostałam śniadanie z łyżką! Czy pisanie na dziwnym urządzeniu oznacza, że będę potrzebowała łyżki?

Jem ręką.

Idę zapłacić, pan o niewielkiej ilości krzywych zębów w ustach i szerokim uśmiechu, mówi: "tra liła kura meka computer?" Czy coś takiego... Ja mówię: "yes, computer!" I pokazuję mu zdjęcie śniadania. Pan wyraźnie się cieszy.
Pytam o cenę śniadania z kawą. Nic nie rozumiem z jego odpowiedzi, ale daję mu 50 rupi. Pan wydaje mi 20 czyszcząc równocześnie brudną szmatką bukiet łyżek.
Patrzę do okoła: wszyscy jedzą łyżkami!

Czy w czasie święta Pongal śniadanie z kawą kosztują mniej, a je się łyżkami?
A może jest jakiś inny powód?

Nic nie rozumiem.
Niczego nie wiem.

Nieskończoność możliwości.
Tryliony odpowiedzi.

Happy Pongal! :D










Kolorowość

Poruszające się ciało/dusza.
Delikatność.
Totalna. Skóra tak cieniutka, tak poddająca się każdej najmniejszej zmianie, przepływowi, że aż prawie niewidoczna.
Mocniejsze czucie.

Bycie świadkiem.
Patrzę na Aureli.
Obecność dla poruszającego się ciała. Po prostu bycie.
Co z tej krystalicznej przestrzeni się rodzi? Jaka rozwija się opowieść?
Nie chodzi o jej nazywanie, słowa to już interpretacja.

Niekończące się bogactwo.
Wibrujące piękno.
Bijące serce.

Współczucie.

Authentic Movement. Medytacja w ruchu. Piękna praca. Podążanie za ciałem, z zamkniętymi oczami, z uwagą, żeby nie zranić siebie ani nikogo do okoła.

A więc można i tak: być dla siebie delikatną, wrażliwą, współczującą, reagującą świadomie (autentycznie) na to co jest obecne.

Delikatnie.


Zajęcia poprowadził Vladimir, Rosjanin mieszkający w Nowym Jorku, wielbiciel Miłosza.
Po warsztatach poprosił mnie, żebym przeczytała na głos jeden z jego wierszy, "Ale książki". Chciał usłyszeć jego brzmienie po polsku. Nagrał sobie na dyktafon.

Codziennie wstaję trochę wcześniej, lubię rano iść drogą do aśramu kiedy kobiety obmywają wodą ziemię przed wejściami do domów i malują na niej mandale kolorowym proszkiem.
Po drodze spotykam też czarne świnie, które wczesnym rankiem szczególnie aktywnie buszują w ściekach i śmieciach. Niektóre z nich są ogromne, ryje umazane czym tylko się da. Niezłomni czyściciele hinduskich miast i miasteczek.

W głowie kłębi mi się tysiące myśli. Niewygoda, zniechęcenie, złość, przyjemność, błogość. Ciągłe planowanie, powracanie do spraw warszawskich, myśli o moich relacjach, długie dyskusje w głowie. Analizy, próby zrozumienia. Rozwiązania czegoś.
Gęsto, ciężko, ciemno, bywają myśli jak grube czarne hinduskim świnie.
Chrum, chrum, ryjem przez góry odpadków... :p

Sny.
Dobrze je tu pamiętam, są wyraźne i kolorowe.
Jak hinduskich plakaty.
Śni mi mi się moja rodzina, mój partner, moi przyjaciele, miasta, samoloty, szkoły...
Szalony kalejdoskop.
Codziennie nowa mandala na progu domu.
Każdy szczegół wyraźny, ostro zarysowany.

Zauważanie.

Spotkałam Alexa, Ukrainiec mieszkający w Izraeulu, chociaż właściwie teraz bez domu, podróżnik . Zaprosił mnie na pudżę tybetańską. Pokazał tysiące wizerunków tybetańskich bóstw i bogiń na swoim iPhonie. Odprowadził do mojego hotelu. Poszliśmy na dach. Było już ciemno i Arunachala ledwie rysowała się w ciemnościach.
Nigdy jej takiej nie widziałam.
Groźna, potężna, nieprzewidywalna, tajemnicza.

Nagle zdałam sobie sprawę, że próbuję ją sobie oświetlić latarką.


Dziś jest niedziela, 13 stycznia.
Zaczyna się Pongal, święto urodzaju.
Chociaż o co w nim dokładnie chodzi, nie wiem.
Wiem tylko, że będzie bardzo głośno, będzie trąbienie, walenie we wszystko co wydaje donośne dźwięki, śpiewy, nawoływania, kwiaty, jedzenie...
Gubię się w hinduskich zwyczajach, nie próbuję jakoś bardzo zrozumieć. Powolutku, z każdym dniem, odkrywam coś nowego. Potem znów zapominam. Jest tego tak wiele, taka złożoność, że nie nadążam.


Siedzę.

Czasem w jaskini, czasem w aśramie Ramana Maharshi, czasem w aśramie Shiva Shakti.

Zaczyna mi się układać plan dnia, struktura.
Może być ona tutaj zburzona w każdej chwili.
Nieprzewidywalność.
W wydaniu hinduskim: mega nieprzewidywalność.

Odpuszczanie, nieprzywiązywanie się.
Przywiązywanie się, trwanie w "nieodpuszczeniu".
Bólu.
Przyjemności.
Płaczu.
Śmiechu.

Pozwalam sobie.
Na nie pozwalanie sobie.

*























środa, 9 stycznia 2013

Czerwona Góra i Ciemności

Ciemność.
Od wczoraj nie ma prądu w moim pokoju. Jest czarno i lepko. Nie działa także wiatrak. Zapadam w sen od tej smolistej ciemności, demony wychylają swoje wstrętne mordy z każdego zakamrku poju nr 103, na parterze, gdzie z jednej strony słychać nieustanne kapanie wody z zepsutej toalety i szelest krzaków przez które przydziera się jakieś zwierzę. Pies? Świnia? Może człowiek? Pojawia się lęk, dziwne sny, brzęczenie komara.
Wczoraj w nocy głośne rozmowy Hindusek, język brzmi tak jakby miały cały czas o coś do siebie pretensje. W pokoju obok jakiś Rosjanin ogląda głośno film z rosyjskim dubbingiem. Kiedy w końcu nie wytrzymałam i poprosiłam kulawego właściciela hotelu, żeby go uciszył i Nikołaj, o dziwo, od razu film wyłączył, zaczęłam zapadać w sen. Jednak gdy już zaczęłam odpływać, ktoś zaświecił latarką w moje okno po czym zaczął ładować mi się do pokoju. Pokój miałam zamknięty więc na szczęście szybko się poddał i poszedł do pokoju obok (z napisem na drzwiach Brahman), który tym razem okazał się jego. Brahman oszałamiająco intensywnie pachniał marihuaną, która wtoczyła się do mojego pokoju pod postacią gęstej chmury. Może to pozwoliło mi łatwo zasnąć.:)

Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, przyszedł wlaściciel hotelu, okazało się że nie włączyłam jednego z licznych guziczków w moim pokoju-prąd jest! Przyczłapał się także Nikołaj, zaoferował swoją kartę sim, gdybym chciała internet.
Demony pękły i rozprysły się na tysiące kawałeczków.
Pojawiła się jasność a wiatrak delikatnie rozwiewa moje włosy. Przyjemny chłód.

Dziś byłam w jaskini Virupaksha. Tej która w zeszłym roku poruszyła mnie szczególnie mocno. Gdy tylko do niej dotarłem, wybuchłam niepohamowanym płaczem, właściwie to był ryk. Byłam pewna, że jestem sama. Jaskinia jest mała i bardzo ciemna. Gdy wzrok się przyzwyczaił do ciemności, zobaczyłam w kącie sylwetkę medytującego człowieka. Szybko wróciła kontrola, przestałam płakać i podkulając ogon, wyszłam z jaskini. Śmiałam się z siebie po drodze.
W tym roku było oczywiście inaczej: szłam do miejsca, które "już znam", do którego wiem jak dojść, które "nie jest niespodzianką".
Było w niej dużo ludzi, nie było łez ani wzruszenia. Była ciekawość. Oglądanie jaskini. Jest w niej jak w środku brzucha. Niska, okrągła, o obłych kształtach, trzeba się schylać, żeby się w niej poruszać. Jest ciemno, klaustrofobicznie, duszno jak w saunie. Po środku wystające wybrzuszenie, ołtarz, przykryty pomarańczowym materiałem i maleńka świeczka trochę rozpraszająca ciemności. Zrobiłam zdjęcie. Pstryk aparatu niezgrabnie wcinający się w ciszę, w medytującą grupę ludzi. Przy wyjściu przeczytałam, że nie wolno robić zdjęć. Ah, niegrzeczny Maga ;)
Tak tu teraz jest dla mnie, ni to wakacje, ni to odosobnienie. Pytanie " co ja tu robię?" wciąż obecne.
Na obiedzie dosiadła się do mnie Niemka. Od 15 lat przyjeżdża do Tiruvannamalai, do świętej góry Arunachali. Opowiadała jak było tutaj na początku, tylko jeden hotel i dwa aśramu gdzie można nocować, ale to wystarczyło. Ludzie przyjeżdżali odnaleźć koniec swojego cierpienia. Teraz to miejsce zarasta wręcz hotelami, niektóre bardzo luksusowe. Już od zeszłego roku przybyło ich kilka, niektóre piaszczyste drogi pokryły się asfaltem, znikają strumienie ze ściekami przykrywane płytami. Chociaż pewnie jeszcze dużo czasu minie zanim zupełnie znikną, jeśli kiedykolwiek, w końcu to Indie, chociaż coraz bardziej wygląda to miejsce jak resort dla znudzonych westenersów jadących na wakacje. Bo "spirituality" okazało się być teraz w modzie, bardziej niż tradycyjne formy rozrywki, jak np narty w Alpach. To słowa Niemki, ale trudno mi było się z nimi nie zgodzić. Chociaż słuchało mi się jej niełatwo. Jej oczy płonęły szaleństwem. Mówiła jak na przyspieszonych obrotach-dużo i szybko. O sobie. O nauczycielach, o satsangach. Mało słuchała.
Co ta góra robi z ludźmi? Czy też skończę jako obłąkana kobieta?

Wieczorem pudża w kaplicy Matki. Czarny byk Shivy-Nandi, został dziś wyjątkowo przybrany w odświętny płaszczyk i girlandy z kwiatów, a na łagodne i dobrotliwe bycze czoło została położona róża.
Dziś święto, reszta bóstw też w kwiatach, wymyta, w świeżo ubranych ciuszkach. Jednak nadal ich twarze są czarne, ciemne, wilgotne. Żadne święto, żadna woda już tego nie zmieni.
Indie zawsze będą mi się kojażyły z ciemnościami, brudem, z Kali i jej zębiskami. Z ogniem Shivy.
Żadne brudy nie przetrwają pod tą górą, wylezą na wierzch, czy to pod postacią mega sraczki, czy też przyspieszoną mową, obłąkanym wzrokiem, zaostrzeniem i zintensyfikowaniem relacji. Wszystko w palącym słońcu, czerwieni góry, staje się bardziej widoczne. Nie schowamy się w kłębiącej się czerni, bo ona też jest ciężka od znaczeń, wielogłowych potworów. W słońcu jesteśmy nadzy do bólu, mimo że przykryci hinduskich ubraniami, hustami, sari... Nie ukryjemy naszych przekonań, naszych kłębiących się myśli, naszego zwierzęcego ciała.

A co kiedy ciemność i ogień przeszyją nas na wskroś niezliczone razy? Kiedy będziemy mniej niż jak sito? Co kiedy nie zostanie najmniejszy okruszek z tego za kogo się uważamy? Co kiedy słowa zanikną?
A co kiedy czasu nie ma?

Przerażający lęk przed Ekstazą...

Jeszcze chwilkę, pobawić się w Magę, Leszka, Kasię, Agnieszkę, Roberta... panią od jogi albo pana terapeutę Reiki... ;)

Jeszcze nie chcę umierać, mimo że gdzieś tam wiem, że to tylko mała śmierć, nierealna jak czarne demony ciemności, a jednak, coś trzyma...
Ale czy na pewno?
Amala Sensei powiedziała mi kiedyś takie słowa, na odosobnieniu kiedy wpadłam w znany mi napad histerycznego płaczu, za którym kryła się totalna bezradność i wściekłość, bo wszystke teorie, techniki i prawdy, okazywały się nie mieć sensu! Tak bardzo chciałam się czegoś trzymać, a tymczasem ostatni kawałeczek tratwy wymykał mi się z rąk. Wtedy Sensei powiedziała: "of course you can not hold on it because you are being held by it!:D"

Ok, koniec słów, znów nie ma prądu, czas na sen...


jaskinia Virupaksha




wiatrak w moim pokoju




poniedziałek, 7 stycznia 2013

Tiruvannamalai 2013 - przyjazd

Znów w Tiruvannamalai, po długiej, ale tym razem łatwej podróży. 
Był lęk, zmęczenie, zagubieniem, radosc...
A teraz:
Co ja tu robię? 
Po co właściwie tu przyleciałam?
 I, o zgrozo, czy ja wogóle lubię Ramana Maharshi?
I czy można LUBIEĆ Ramana Maharshi???
Nie wiem, ale na złość światu, poszłam do księgarni naprzeciwko aśramu, tej "gorszej" bo mającej książki nie tylko napisane przez Bhagavana, bo także przez tego "obrzydliwego profana" Osho, a także Papaji, Muji i innych...
Wśród nich książki o Kundalini, Tantrze, Jodze, nawet okazała książka z sutrami Patanjalego leżała sobie dumnie na półeczce...

Chyba denerwuje mnie, że Ramana i większość jemu bliskich nauczycieli to mężczyźni.
Denerwuje mnie także, że mnie to denerwuje, ale tak już jest i koniec kropka. 

Więc kupiłam sobie książkę o tym jak odnaleźć w sobie Boginię, moc Shakti, napisaną przez kobietę, oczywiście. :)

Byłam na wieczornych pujach.
Najpierw jest puja w części świątyni Bhagavana, a potem Matki.
Puja w świątyni Bhagavana opóźniała się. Nie mam cierpliwości, więc postanowiłam wyjść idąc przez świątynię Matki.
Jak tylko przekoczyłam jej próg rozległ się wrzask dzwonów - niespodziewanie zaczęła się puja w świątyni Matki.
Zostałam, poczułam, że tak miało być.
Świątynia Matki jest mniejsza, czarna, przesiąknięta wilgocią i zapachami kadzideł, pełna czarnych bóstw poubieranych w kolorowe szmatki.
Świątynia Bhagavana jest duża, jasna, chłodna.

W aśramie podają jedzenie na liściach.
Na suszonych, zszytych trwą: śniadanie i kolację. 
Na świeżych liściach palmowych: lunch.
Siedzimy na podłodze, mnóstwo ludzi, z całego świata.

No i co ja tu robię?

Co mnie tutaj za siła ściągnęła, tak potężna, że czułam że po prostu MUSZĘ tu być.
A teraz... Nie wiem co tu robię!
I jestem zla, bo moze marnuje czas???

Ciągle jest coś nie tak.
Wiecznie towarzysząca niewygoda.
Niezadowolenie.
Nie tak ma być!
Nie dostaję tego co JA chcę!
Wrrrr!
Ostatniej nocy w pokoju aśramowym nie mogę zasnąć, głowa jest ciężka i twarda od myśli.

Kupiłam butelkę na wodę za 30 rupii. 
W butelce jest "drinking water" z aśramu.
Postawiłam ją na pomarańczowym krześle w pokoju.
Namalował się obraz.
To jest (był) mój pokój, nr 17c, z oknami na trzy strony świata, na piętrze.
Z okalającym go ogrodem.
W nocy słychać zajadłe walki psów i kotów. Nieludzkie wrzaski, bieganina, warczenie i skowyt.
Przewala sie Kali po rajskim ogrodzie aśramu.
Dziś już wyprowadziłam się z aśramu, minęły 3 noce na które zgodzili się mnie gościć.
Znalazłam pokój w Daya Dharmam, zaraz koło aśramu Sri Siva Sakthi Ammaiyar.
Poszłam na milczący darshan Siva Sakthi.
Jak tam inaczej niż w aśramie, jasno, dobrze mi było w obecności tej kobiety.
Miała te same oczy co Ramana Maharshi.

Dziś w końcu rozpakuję się, zaczynają się moje trzy ostatnie tygodnie w Tiruvannamalai.
Poczułam, że jestem tutaj ostatni raz sama.
Nie wiem czemu, ale tak to jasno do mnie przyszło, jak obchodziłam aśramowy ołtarz.

Ogień Shivy płonie.
Góra niezmienna w swojej zmianie.

piątek, 29 czerwca 2012

Alicja



Alicja zrzuca woal starej skóry
i tańczy znów pięknie
raz nie wiedzieć który...
tak ciałem subtelna,
Duszą wyciszona,
odtańczyć chce taniec
kim wszakże jest ONA
      ZAPRAWDĘ

Jak muślin, jak mgiełka,
jak Elf ukwiecony,
wygina się z gracją
na wsze świata strony
i zgodnie z oddechem
i Nieba i Ziemi,
w odwagę subtleność
i lęki przemieni;
choć zwiewna, elficzna
to z mocą zadziała
jakby z nią działała
Istot Armia cała
i co postanowi, to to się zadzieje - ...

Tak więc chowaj w sercu
na zmiany nadzieję,
bo nim sie obrócisz
już będziesz wzmocniona  -
dla każdego z obecnych
tańczy dzisiaj ona
w imieniu każdego
zmian tych dokonuje...

Tak więc poczuj dobrze co i ona czuje.

Stań sie eteryczną Istotą Duchową -
przyjmij dzisiaj chętnie
postać siebie nową
porzucając balast
niczym skórę żabią
i przyjmując ognie
co kolorem wabią
tęczą uzdrawiają,
radość ożywiają,
przyspieszenie w rozwoju
i spełnienie dają.
Niech Ci to co stare
rozpuszczone będzie
byś siał Miłość, Radość
gdzie się znajdziesz -
Wszędzie.

Jak Elf niewidzialny
bowiem myślą - słowem
Miej otwarte serce
na zmiany gotowe....

Przekaz odebrała Veni, MSiM, 26.06.2012

czwartek, 3 maja 2012

sprzątam...

Spotkałam ślimaka nad Wisłą. Zostawiał za sobą zygzakowaty ślad, który przecinał  w poprzek piaszczystą ścieżkę.


Zaczęłam sprzątać mieszkanie. Słowo "zaczęłam" nie oznacza, że kiedykolwiek tą aktywność zakończę... Codziennie dochodzę do punktu, w którym jestem bardzo z siebie zadowolona. Tak bardzo, że z tego samozachwytu nie jestem w stanie zrobić nic więcej... Oszałamiają mnie krystalicznie czyste okna, przez które widzę w końcu wyraźnie sąsiedni budynek, nie mogę się napatrzeć na półkę na której stoją równiutko ustawione płyty i książki, powala mnie (w dosłownym tego słowa znaczeniu) świeżość kuchni i czystość wanny... Więc daję sobie zasłużony odpoczynek. 
Leżę.
Jem.
I za kilka dni... znów jest bałagan, a miejsca które posprzątałam przyćmiewa stos ubrań spływający kaskadą z fotela...


Samo sprzątanie jest całkiem przyjemne. Ba, bywa nawet ekstatycznie przyjemne! Co jednak powoduje, że tak bardzo nie chce mi się go zacząć robić? Że istnieje jakaś potężna siła odpychająca mnie od podniesienia się z kanapy, wyciąnięcia odkurzacza...?


Hmm, czuję, że to nie o samo sprzątanie chodzi. 
Chodzi o opuszczenie bezpiecznej przestrzeni, znanej mi od lat... Przestrzeni, w której utykam, unikam działania, robienia czegoś "bo powinnam to zrobić"... 
Poza tym boję się pójścia za tym co we mnie tak silnie pulsuje, płonie potężnym ogniem, płynie niemożliwą do zatrzymania, rwącą i dziką rzeką. To jest przerażające... Ale dlaczego? Co musiało się stać, że łatwiej mi żyć w miejscu obserwatora życia, czytacza książek, oglądacza filmów, bycia "idealną" koleżanką, idealną nauczycielką, idealną... BRRRR GRRRRR, WRRRR (warknęła Kali!)


Może to jest lęk przed nieprzewidywalnością?


Tak czy owak: jest tęsknota.
Za tą Rzeką.
Za Ogniem.
Za Dzikością.
Pięknem, niemożliwym do ubrania w jakiekolwiek słowa.
Pięknem, które bywa czarne jak smoła, nieprzeniknione jak noc.






Dziś spaliłam gruby plik listów od byłego kochanka.
Paliły się długo i dobrze.


To było coś nadzwyczajnie zwyczajnego.
Coś co musiało być zrobione.


Będę sprzątać dalej.
Powoli i wytrwale. Jak ślimak.
Aż wyrzucę, oddam i spalę wszystkie niepotrzebne mi już rzeczy.


Sprzedam swoje stare mieszkanie. 
Kupię nowe: większe, przestronne, z dużymi oknami, balkonem, ogródkiem. Kuchnią z dużym stołem i sypialnią z dużym łóżkiem.




Tak się stanie.




NIE BOJĘ SIĘ ŻYĆ.
fot. Russ Smith