Maga Yoga

Maga Yoga

niedziela, 13 stycznia 2013

Kolorowość

Poruszające się ciało/dusza.
Delikatność.
Totalna. Skóra tak cieniutka, tak poddająca się każdej najmniejszej zmianie, przepływowi, że aż prawie niewidoczna.
Mocniejsze czucie.

Bycie świadkiem.
Patrzę na Aureli.
Obecność dla poruszającego się ciała. Po prostu bycie.
Co z tej krystalicznej przestrzeni się rodzi? Jaka rozwija się opowieść?
Nie chodzi o jej nazywanie, słowa to już interpretacja.

Niekończące się bogactwo.
Wibrujące piękno.
Bijące serce.

Współczucie.

Authentic Movement. Medytacja w ruchu. Piękna praca. Podążanie za ciałem, z zamkniętymi oczami, z uwagą, żeby nie zranić siebie ani nikogo do okoła.

A więc można i tak: być dla siebie delikatną, wrażliwą, współczującą, reagującą świadomie (autentycznie) na to co jest obecne.

Delikatnie.


Zajęcia poprowadził Vladimir, Rosjanin mieszkający w Nowym Jorku, wielbiciel Miłosza.
Po warsztatach poprosił mnie, żebym przeczytała na głos jeden z jego wierszy, "Ale książki". Chciał usłyszeć jego brzmienie po polsku. Nagrał sobie na dyktafon.

Codziennie wstaję trochę wcześniej, lubię rano iść drogą do aśramu kiedy kobiety obmywają wodą ziemię przed wejściami do domów i malują na niej mandale kolorowym proszkiem.
Po drodze spotykam też czarne świnie, które wczesnym rankiem szczególnie aktywnie buszują w ściekach i śmieciach. Niektóre z nich są ogromne, ryje umazane czym tylko się da. Niezłomni czyściciele hinduskich miast i miasteczek.

W głowie kłębi mi się tysiące myśli. Niewygoda, zniechęcenie, złość, przyjemność, błogość. Ciągłe planowanie, powracanie do spraw warszawskich, myśli o moich relacjach, długie dyskusje w głowie. Analizy, próby zrozumienia. Rozwiązania czegoś.
Gęsto, ciężko, ciemno, bywają myśli jak grube czarne hinduskim świnie.
Chrum, chrum, ryjem przez góry odpadków... :p

Sny.
Dobrze je tu pamiętam, są wyraźne i kolorowe.
Jak hinduskich plakaty.
Śni mi mi się moja rodzina, mój partner, moi przyjaciele, miasta, samoloty, szkoły...
Szalony kalejdoskop.
Codziennie nowa mandala na progu domu.
Każdy szczegół wyraźny, ostro zarysowany.

Zauważanie.

Spotkałam Alexa, Ukrainiec mieszkający w Izraeulu, chociaż właściwie teraz bez domu, podróżnik . Zaprosił mnie na pudżę tybetańską. Pokazał tysiące wizerunków tybetańskich bóstw i bogiń na swoim iPhonie. Odprowadził do mojego hotelu. Poszliśmy na dach. Było już ciemno i Arunachala ledwie rysowała się w ciemnościach.
Nigdy jej takiej nie widziałam.
Groźna, potężna, nieprzewidywalna, tajemnicza.

Nagle zdałam sobie sprawę, że próbuję ją sobie oświetlić latarką.


Dziś jest niedziela, 13 stycznia.
Zaczyna się Pongal, święto urodzaju.
Chociaż o co w nim dokładnie chodzi, nie wiem.
Wiem tylko, że będzie bardzo głośno, będzie trąbienie, walenie we wszystko co wydaje donośne dźwięki, śpiewy, nawoływania, kwiaty, jedzenie...
Gubię się w hinduskich zwyczajach, nie próbuję jakoś bardzo zrozumieć. Powolutku, z każdym dniem, odkrywam coś nowego. Potem znów zapominam. Jest tego tak wiele, taka złożoność, że nie nadążam.


Siedzę.

Czasem w jaskini, czasem w aśramie Ramana Maharshi, czasem w aśramie Shiva Shakti.

Zaczyna mi się układać plan dnia, struktura.
Może być ona tutaj zburzona w każdej chwili.
Nieprzewidywalność.
W wydaniu hinduskim: mega nieprzewidywalność.

Odpuszczanie, nieprzywiązywanie się.
Przywiązywanie się, trwanie w "nieodpuszczeniu".
Bólu.
Przyjemności.
Płaczu.
Śmiechu.

Pozwalam sobie.
Na nie pozwalanie sobie.

*























środa, 9 stycznia 2013

Czerwona Góra i Ciemności

Ciemność.
Od wczoraj nie ma prądu w moim pokoju. Jest czarno i lepko. Nie działa także wiatrak. Zapadam w sen od tej smolistej ciemności, demony wychylają swoje wstrętne mordy z każdego zakamrku poju nr 103, na parterze, gdzie z jednej strony słychać nieustanne kapanie wody z zepsutej toalety i szelest krzaków przez które przydziera się jakieś zwierzę. Pies? Świnia? Może człowiek? Pojawia się lęk, dziwne sny, brzęczenie komara.
Wczoraj w nocy głośne rozmowy Hindusek, język brzmi tak jakby miały cały czas o coś do siebie pretensje. W pokoju obok jakiś Rosjanin ogląda głośno film z rosyjskim dubbingiem. Kiedy w końcu nie wytrzymałam i poprosiłam kulawego właściciela hotelu, żeby go uciszył i Nikołaj, o dziwo, od razu film wyłączył, zaczęłam zapadać w sen. Jednak gdy już zaczęłam odpływać, ktoś zaświecił latarką w moje okno po czym zaczął ładować mi się do pokoju. Pokój miałam zamknięty więc na szczęście szybko się poddał i poszedł do pokoju obok (z napisem na drzwiach Brahman), który tym razem okazał się jego. Brahman oszałamiająco intensywnie pachniał marihuaną, która wtoczyła się do mojego pokoju pod postacią gęstej chmury. Może to pozwoliło mi łatwo zasnąć.:)

Wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, przyszedł wlaściciel hotelu, okazało się że nie włączyłam jednego z licznych guziczków w moim pokoju-prąd jest! Przyczłapał się także Nikołaj, zaoferował swoją kartę sim, gdybym chciała internet.
Demony pękły i rozprysły się na tysiące kawałeczków.
Pojawiła się jasność a wiatrak delikatnie rozwiewa moje włosy. Przyjemny chłód.

Dziś byłam w jaskini Virupaksha. Tej która w zeszłym roku poruszyła mnie szczególnie mocno. Gdy tylko do niej dotarłem, wybuchłam niepohamowanym płaczem, właściwie to był ryk. Byłam pewna, że jestem sama. Jaskinia jest mała i bardzo ciemna. Gdy wzrok się przyzwyczaił do ciemności, zobaczyłam w kącie sylwetkę medytującego człowieka. Szybko wróciła kontrola, przestałam płakać i podkulając ogon, wyszłam z jaskini. Śmiałam się z siebie po drodze.
W tym roku było oczywiście inaczej: szłam do miejsca, które "już znam", do którego wiem jak dojść, które "nie jest niespodzianką".
Było w niej dużo ludzi, nie było łez ani wzruszenia. Była ciekawość. Oglądanie jaskini. Jest w niej jak w środku brzucha. Niska, okrągła, o obłych kształtach, trzeba się schylać, żeby się w niej poruszać. Jest ciemno, klaustrofobicznie, duszno jak w saunie. Po środku wystające wybrzuszenie, ołtarz, przykryty pomarańczowym materiałem i maleńka świeczka trochę rozpraszająca ciemności. Zrobiłam zdjęcie. Pstryk aparatu niezgrabnie wcinający się w ciszę, w medytującą grupę ludzi. Przy wyjściu przeczytałam, że nie wolno robić zdjęć. Ah, niegrzeczny Maga ;)
Tak tu teraz jest dla mnie, ni to wakacje, ni to odosobnienie. Pytanie " co ja tu robię?" wciąż obecne.
Na obiedzie dosiadła się do mnie Niemka. Od 15 lat przyjeżdża do Tiruvannamalai, do świętej góry Arunachali. Opowiadała jak było tutaj na początku, tylko jeden hotel i dwa aśramu gdzie można nocować, ale to wystarczyło. Ludzie przyjeżdżali odnaleźć koniec swojego cierpienia. Teraz to miejsce zarasta wręcz hotelami, niektóre bardzo luksusowe. Już od zeszłego roku przybyło ich kilka, niektóre piaszczyste drogi pokryły się asfaltem, znikają strumienie ze ściekami przykrywane płytami. Chociaż pewnie jeszcze dużo czasu minie zanim zupełnie znikną, jeśli kiedykolwiek, w końcu to Indie, chociaż coraz bardziej wygląda to miejsce jak resort dla znudzonych westenersów jadących na wakacje. Bo "spirituality" okazało się być teraz w modzie, bardziej niż tradycyjne formy rozrywki, jak np narty w Alpach. To słowa Niemki, ale trudno mi było się z nimi nie zgodzić. Chociaż słuchało mi się jej niełatwo. Jej oczy płonęły szaleństwem. Mówiła jak na przyspieszonych obrotach-dużo i szybko. O sobie. O nauczycielach, o satsangach. Mało słuchała.
Co ta góra robi z ludźmi? Czy też skończę jako obłąkana kobieta?

Wieczorem pudża w kaplicy Matki. Czarny byk Shivy-Nandi, został dziś wyjątkowo przybrany w odświętny płaszczyk i girlandy z kwiatów, a na łagodne i dobrotliwe bycze czoło została położona róża.
Dziś święto, reszta bóstw też w kwiatach, wymyta, w świeżo ubranych ciuszkach. Jednak nadal ich twarze są czarne, ciemne, wilgotne. Żadne święto, żadna woda już tego nie zmieni.
Indie zawsze będą mi się kojażyły z ciemnościami, brudem, z Kali i jej zębiskami. Z ogniem Shivy.
Żadne brudy nie przetrwają pod tą górą, wylezą na wierzch, czy to pod postacią mega sraczki, czy też przyspieszoną mową, obłąkanym wzrokiem, zaostrzeniem i zintensyfikowaniem relacji. Wszystko w palącym słońcu, czerwieni góry, staje się bardziej widoczne. Nie schowamy się w kłębiącej się czerni, bo ona też jest ciężka od znaczeń, wielogłowych potworów. W słońcu jesteśmy nadzy do bólu, mimo że przykryci hinduskich ubraniami, hustami, sari... Nie ukryjemy naszych przekonań, naszych kłębiących się myśli, naszego zwierzęcego ciała.

A co kiedy ciemność i ogień przeszyją nas na wskroś niezliczone razy? Kiedy będziemy mniej niż jak sito? Co kiedy nie zostanie najmniejszy okruszek z tego za kogo się uważamy? Co kiedy słowa zanikną?
A co kiedy czasu nie ma?

Przerażający lęk przed Ekstazą...

Jeszcze chwilkę, pobawić się w Magę, Leszka, Kasię, Agnieszkę, Roberta... panią od jogi albo pana terapeutę Reiki... ;)

Jeszcze nie chcę umierać, mimo że gdzieś tam wiem, że to tylko mała śmierć, nierealna jak czarne demony ciemności, a jednak, coś trzyma...
Ale czy na pewno?
Amala Sensei powiedziała mi kiedyś takie słowa, na odosobnieniu kiedy wpadłam w znany mi napad histerycznego płaczu, za którym kryła się totalna bezradność i wściekłość, bo wszystke teorie, techniki i prawdy, okazywały się nie mieć sensu! Tak bardzo chciałam się czegoś trzymać, a tymczasem ostatni kawałeczek tratwy wymykał mi się z rąk. Wtedy Sensei powiedziała: "of course you can not hold on it because you are being held by it!:D"

Ok, koniec słów, znów nie ma prądu, czas na sen...


jaskinia Virupaksha




wiatrak w moim pokoju




poniedziałek, 7 stycznia 2013

Tiruvannamalai 2013 - przyjazd

Znów w Tiruvannamalai, po długiej, ale tym razem łatwej podróży. 
Był lęk, zmęczenie, zagubieniem, radosc...
A teraz:
Co ja tu robię? 
Po co właściwie tu przyleciałam?
 I, o zgrozo, czy ja wogóle lubię Ramana Maharshi?
I czy można LUBIEĆ Ramana Maharshi???
Nie wiem, ale na złość światu, poszłam do księgarni naprzeciwko aśramu, tej "gorszej" bo mającej książki nie tylko napisane przez Bhagavana, bo także przez tego "obrzydliwego profana" Osho, a także Papaji, Muji i innych...
Wśród nich książki o Kundalini, Tantrze, Jodze, nawet okazała książka z sutrami Patanjalego leżała sobie dumnie na półeczce...

Chyba denerwuje mnie, że Ramana i większość jemu bliskich nauczycieli to mężczyźni.
Denerwuje mnie także, że mnie to denerwuje, ale tak już jest i koniec kropka. 

Więc kupiłam sobie książkę o tym jak odnaleźć w sobie Boginię, moc Shakti, napisaną przez kobietę, oczywiście. :)

Byłam na wieczornych pujach.
Najpierw jest puja w części świątyni Bhagavana, a potem Matki.
Puja w świątyni Bhagavana opóźniała się. Nie mam cierpliwości, więc postanowiłam wyjść idąc przez świątynię Matki.
Jak tylko przekoczyłam jej próg rozległ się wrzask dzwonów - niespodziewanie zaczęła się puja w świątyni Matki.
Zostałam, poczułam, że tak miało być.
Świątynia Matki jest mniejsza, czarna, przesiąknięta wilgocią i zapachami kadzideł, pełna czarnych bóstw poubieranych w kolorowe szmatki.
Świątynia Bhagavana jest duża, jasna, chłodna.

W aśramie podają jedzenie na liściach.
Na suszonych, zszytych trwą: śniadanie i kolację. 
Na świeżych liściach palmowych: lunch.
Siedzimy na podłodze, mnóstwo ludzi, z całego świata.

No i co ja tu robię?

Co mnie tutaj za siła ściągnęła, tak potężna, że czułam że po prostu MUSZĘ tu być.
A teraz... Nie wiem co tu robię!
I jestem zla, bo moze marnuje czas???

Ciągle jest coś nie tak.
Wiecznie towarzysząca niewygoda.
Niezadowolenie.
Nie tak ma być!
Nie dostaję tego co JA chcę!
Wrrrr!
Ostatniej nocy w pokoju aśramowym nie mogę zasnąć, głowa jest ciężka i twarda od myśli.

Kupiłam butelkę na wodę za 30 rupii. 
W butelce jest "drinking water" z aśramu.
Postawiłam ją na pomarańczowym krześle w pokoju.
Namalował się obraz.
To jest (był) mój pokój, nr 17c, z oknami na trzy strony świata, na piętrze.
Z okalającym go ogrodem.
W nocy słychać zajadłe walki psów i kotów. Nieludzkie wrzaski, bieganina, warczenie i skowyt.
Przewala sie Kali po rajskim ogrodzie aśramu.
Dziś już wyprowadziłam się z aśramu, minęły 3 noce na które zgodzili się mnie gościć.
Znalazłam pokój w Daya Dharmam, zaraz koło aśramu Sri Siva Sakthi Ammaiyar.
Poszłam na milczący darshan Siva Sakthi.
Jak tam inaczej niż w aśramie, jasno, dobrze mi było w obecności tej kobiety.
Miała te same oczy co Ramana Maharshi.

Dziś w końcu rozpakuję się, zaczynają się moje trzy ostatnie tygodnie w Tiruvannamalai.
Poczułam, że jestem tutaj ostatni raz sama.
Nie wiem czemu, ale tak to jasno do mnie przyszło, jak obchodziłam aśramowy ołtarz.

Ogień Shivy płonie.
Góra niezmienna w swojej zmianie.

piątek, 29 czerwca 2012

Alicja



Alicja zrzuca woal starej skóry
i tańczy znów pięknie
raz nie wiedzieć który...
tak ciałem subtelna,
Duszą wyciszona,
odtańczyć chce taniec
kim wszakże jest ONA
      ZAPRAWDĘ

Jak muślin, jak mgiełka,
jak Elf ukwiecony,
wygina się z gracją
na wsze świata strony
i zgodnie z oddechem
i Nieba i Ziemi,
w odwagę subtleność
i lęki przemieni;
choć zwiewna, elficzna
to z mocą zadziała
jakby z nią działała
Istot Armia cała
i co postanowi, to to się zadzieje - ...

Tak więc chowaj w sercu
na zmiany nadzieję,
bo nim sie obrócisz
już będziesz wzmocniona  -
dla każdego z obecnych
tańczy dzisiaj ona
w imieniu każdego
zmian tych dokonuje...

Tak więc poczuj dobrze co i ona czuje.

Stań sie eteryczną Istotą Duchową -
przyjmij dzisiaj chętnie
postać siebie nową
porzucając balast
niczym skórę żabią
i przyjmując ognie
co kolorem wabią
tęczą uzdrawiają,
radość ożywiają,
przyspieszenie w rozwoju
i spełnienie dają.
Niech Ci to co stare
rozpuszczone będzie
byś siał Miłość, Radość
gdzie się znajdziesz -
Wszędzie.

Jak Elf niewidzialny
bowiem myślą - słowem
Miej otwarte serce
na zmiany gotowe....

Przekaz odebrała Veni, MSiM, 26.06.2012

czwartek, 3 maja 2012

sprzątam...

Spotkałam ślimaka nad Wisłą. Zostawiał za sobą zygzakowaty ślad, który przecinał  w poprzek piaszczystą ścieżkę.


Zaczęłam sprzątać mieszkanie. Słowo "zaczęłam" nie oznacza, że kiedykolwiek tą aktywność zakończę... Codziennie dochodzę do punktu, w którym jestem bardzo z siebie zadowolona. Tak bardzo, że z tego samozachwytu nie jestem w stanie zrobić nic więcej... Oszałamiają mnie krystalicznie czyste okna, przez które widzę w końcu wyraźnie sąsiedni budynek, nie mogę się napatrzeć na półkę na której stoją równiutko ustawione płyty i książki, powala mnie (w dosłownym tego słowa znaczeniu) świeżość kuchni i czystość wanny... Więc daję sobie zasłużony odpoczynek. 
Leżę.
Jem.
I za kilka dni... znów jest bałagan, a miejsca które posprzątałam przyćmiewa stos ubrań spływający kaskadą z fotela...


Samo sprzątanie jest całkiem przyjemne. Ba, bywa nawet ekstatycznie przyjemne! Co jednak powoduje, że tak bardzo nie chce mi się go zacząć robić? Że istnieje jakaś potężna siła odpychająca mnie od podniesienia się z kanapy, wyciąnięcia odkurzacza...?


Hmm, czuję, że to nie o samo sprzątanie chodzi. 
Chodzi o opuszczenie bezpiecznej przestrzeni, znanej mi od lat... Przestrzeni, w której utykam, unikam działania, robienia czegoś "bo powinnam to zrobić"... 
Poza tym boję się pójścia za tym co we mnie tak silnie pulsuje, płonie potężnym ogniem, płynie niemożliwą do zatrzymania, rwącą i dziką rzeką. To jest przerażające... Ale dlaczego? Co musiało się stać, że łatwiej mi żyć w miejscu obserwatora życia, czytacza książek, oglądacza filmów, bycia "idealną" koleżanką, idealną nauczycielką, idealną... BRRRR GRRRRR, WRRRR (warknęła Kali!)


Może to jest lęk przed nieprzewidywalnością?


Tak czy owak: jest tęsknota.
Za tą Rzeką.
Za Ogniem.
Za Dzikością.
Pięknem, niemożliwym do ubrania w jakiekolwiek słowa.
Pięknem, które bywa czarne jak smoła, nieprzeniknione jak noc.






Dziś spaliłam gruby plik listów od byłego kochanka.
Paliły się długo i dobrze.


To było coś nadzwyczajnie zwyczajnego.
Coś co musiało być zrobione.


Będę sprzątać dalej.
Powoli i wytrwale. Jak ślimak.
Aż wyrzucę, oddam i spalę wszystkie niepotrzebne mi już rzeczy.


Sprzedam swoje stare mieszkanie. 
Kupię nowe: większe, przestronne, z dużymi oknami, balkonem, ogródkiem. Kuchnią z dużym stołem i sypialnią z dużym łóżkiem.




Tak się stanie.




NIE BOJĘ SIĘ ŻYĆ.
fot. Russ Smith


sobota, 18 lutego 2012

Powrót

Siedzę przed własnym komputerem, z bezbłędnie działającą klawiaturą i dużym jasnym ekranem. We własym mieszkaniu. Jest cicho i mogę używać polskie czcionki. Piję ekologiczną herbatę z czystego kubka. Jednym słowem luksus w porównaniu z warunkami w jakich pisałam z Indii.


Minął ponad tydzień odkąd znów jestem w Warszawie. To dość dziwne i podejrzewam, że mocno nienaturalne, że moje ciało w kilka godzin znalazło się po drugiej stronie świata, w skrajnie odmiennej kulturze. 
Szok. 
Gdzieś w środku nadal gra we mnie muzyka Indii. 
Hałas, kurz, upał...
W sercu opowiada się w kółko historia powrotu, prosi o wypowiedzenie do końca, o wygranie się do ostatniej litery.
Torebka z napisem "not bothered" cały czas mocno pachnie kadzidłami i hinduską ziemią, wilgotnymi pokojami. Przypomina o czymś co już było-w tym zapachu mieści się lęk, brud, plaża, trąbienie rikszy, zmieniające się jak w kalejdoskopie emocje...


Ósmego lutego-ostatni dzień w Indiach.


O piątej nad ranem, gdy wciąż jeszcze jest ciemno, moje osłabione chorobami ciało, wstało z łóżka. Czułam się lekko i pierwszy raz od wielu dni, nie czułam się już chora.
Pomyślałam "może teraz, ostatniego dnia, uda mi się w końcu dojść do Skandashram, jaskini na zboczu góry Arunachala gdzie przez lata praktykował Ramana Maharshi. Pięknie byłoby usłyszeć śpiew mnicha ostatni raz przed podróżą."
Poprzedniego dnia mi się to nie udało, przed samą jaskinią musiałam się wrócić, czułam się tak źle.
Jednak w środę rano, powoli, boso, zaczęłam ponownie swoją wędrówkę w górę. Stopy miękko i bezgłośnie otulały czerwonawe kamienie Arunachali. Z każdym powolnym krokiem, nowy kamień, inne ułożenie stopy. Nie wiem kiedy zaczęłam cicho powtarzać: Arunachala Siva, Arunachala Siva, Arunachala Siva....
Gdy doszłam do miejsca, w którym poprzedniego dnia się poddałam, poczułam potężną falę osłabienia. Jakby niewidzialna ściana nie pozwalała mi iść dalej. Usiadłam na kamieniu. Pomyślałam "nie poddam się, poczekam, dam radę...." Po jakimś czasie, powoli wstałam, z trudem szłam dalej. Gdy stroma, kamienna droga stała się równa, znów poczułam się dobrze.
Usiadłam przed zamkniętymi jeszcze drzwiami Skandashram. Byłam pierwsza.
Po chwili doszła łysa szczupła dziewczyna z Czech. Zamieniłyśmy ze sobą kilka słów. 
Potem przyszła grupa Japończyków. Czeszka zaczęła z nimi rozmawiać po japońsku. 


Rozsypałam resztę jedzenia z plecaka małpom-znikąd pojawiło się ich całe stado. Wyrywały mi kawałki ciastek z rąk, walczyły ze sobą. 


Przyszło jeszcze trochę ludzi. Na koniec doszła Ania, a zaraz za nią mnich z kluczem.
Tym razem nie było przeciskania się kto będzie siedział najbliżej ołtarza.




Śpiew był czysty, dźwięczny, przeszywający.






Zeszłam z góry. Zebrałam kilka kamieni po drodze. Podobno mają szczególną moc. 
Późne śniadanie w Cafe Coffee Day-mojej ulubionej. Mała porcja makaronu z pomidorami i serem. Mój żołądek ledwie przyswaja jedzenie. Jem bardzo powoli.

Odpoczynek w pokoju-już wszystko spakowane. Znajome mi uczucie smutku i żalu gdy opuszczam miejsce, które przez chwilę było moim domem. Znów wyjeżdżam. Znów zostawiam ziemię, w którą zdążyłam płytko zapuścić korzenie. Dlaczego wciąż to robię? Zmiany miejsc, podróż, pakowanie i rozpakowywanie plecaka. 
I zawsze ten smutek. 
Koniec. 
Śmierć.

Początek.

Ostatnia wizyta w aśramie. Powoli chodzę po ciepłym piasku. Patrzę na rozkładające się światło na sylwetkach ludzi, psów, drzew... 
Długo siedzę opierając się o ścianę. 
Nie ma czasu.
Rozmowa z Anią przy studni ze świętą wodą.
Dużo śmiechu.
Ostatnie okrążanie ołtarza przy głośnym śpiewie mnichów.
Przed końcem śpiewów zdecydowałam, że czas iść do domu.
Przytulam się do Ani.

Wychodzę z aśramu.

Wilgotnieją mi oczy.



Przed domem czeka już taksówka.
Byłam pewna, że będzie biała, takie tutaj widziałam.
Moja jest czarna z zaciemnionymi szybami.
Czarny jak smoła kierowca.
Nic nie mówimy, wrzucam bagaże i ruszamy.
Czuję się dziwnie, nikt mnie nie żegna.
Nikt nie zauważa, że wyjeżdżam.
Czerwona góra jest wciąż taka sama. 
Nic się nie zmieniło.
Byłoby tak samo nawet gdybym umarła.

Nagle poczułam spokój.
Skąd się wziął?

Pierwszy raz w Indiach jadę taksówką. 
Luksus przestrzeni, miękkich siedzeń. Trudny do uwierzenia. Jakiś taki absurdalny. Niepasujący.
Przeciskamy się przez zatłoczone uliczki Tiruvannamalai. Pierwszy raz mogę gapić się na Hindusów, a oni nie gapią się na mnie! Nie widzą mnie przez ciemne szyby, całkowicie nowe doświadczenie-jestem NIEWIDOCZNA.
Do tego mój kierowca nic nie mówi, jeździ ostrożnie, używa kierunkowskazu, prawie nie trąbi i jest piękny (wszystko to, z moich obserwacji, właściwie w Indiach się nie zdarza;).

Zaczyna się ściemniać. Na niebie pojawia się wielki, złoty jak talar księżyc w pełni. Świeci prosto w moje okno, mam wrażenie że prowadzi naszą taksówkę przez ciemne ulice Indii. Mijamy ciężarówki zapakowane do granic możliwości. Patykami, papierami, plastikowymi opakowaniamy, czym popadnie...
Mijamy chatynki ulepione z gliny, w środku tląca się lampka, jeden pokój. Obok, do ściany przyklejona krowa, ważna część licznej rodziny. Poza klepiskiem zdaje się, że nie ma wiele więcej. Mijamy dzieci siedzące na ziemi, świątynie, sklepiki.

Jest coraz ciemniej, a księżyc wędruje w górę po niebie, staje się coraz mniejszy i ze złota zamienia się w srebro.

Zatrzymujemy się. Mój kierowca kupuje jedzenie w przydrożnym stoisku, ciapati zawinięte w gazetę i kilka brunatnobrązowych sosów w przeźroczystych woreczkach. Kucharz i grupka Hindusów zgromadzonych wokół niego patrzą na mnie i kierowcę taksówki, głośno coś mówiąc i śmiejąc się. 
Jaką stworzyli na nasz temat historię? 
Nie wiem.

Wsiadamy do samochodu.

Chennai-zatłoczone miasto, korki, bieda i tandetne, krzykliwe bogactwo. Wszystko nawzajem się przeplata. Jest jednym, dyszącym dymem i zapachami, kolorowym organizmem. Smokiem o tysiącu głowach.

Dojeżdżamy na lotnisko. Mój kierowca wręcza mi bagaże. Daję mu 100 rupii napiwku (około 6 zł), taksówkarz podskakuje z radości.

Wchodzę na lotnisko. 

Tutaj już Indie stopniowo się zacierają. Jest hinduska bylejakość, ale też wyrastają drogie sklepy z pamiątkami dla turystów. 
Klimatyzacja daje mi się we znaki.
Po godzinie poddaję się i ściągam gumowe klapki-zakładam moje szare, pełne buty.
Nigdy tak silnie nie czułam spętania swoich stóp, jakby ktoś je związał, zakazał oddychać.
Ubieram bluzkę z długim rękawem, dokopuję się do zimowej kurtki.

Kupuję kawałek pizzy-bardzo białe, grube ciasto, z kawałkiem podejrzanie zielonej papryki i żóltego sera. Wszystko to polewam keczupem z torebki.
Pierwszy raz od dawna jem coś co nie jest ostre.

Żegnajcie Indie.

Na lotnisku w Warszawie odbiera mnie Dorota.
Półtora miesiąca temu siedziałam z nią na tym samym lotnisku na kawie.
Dużo sobie wtedy powiedziałyśmy.
Bałam się.
Po przylocie jestem rozluźniona, zmęczona, pusta w środku.
Nawet nie czuję zimna.
Nic nie czuję.
Otępienie.
Szok.

W samochodzie, w domu, z Dorotą, dużo sobie mówimy...

Witaj Polsko.