Maga Yoga

Maga Yoga

czwartek, 5 marca 2020

Osiąganie jako forma unikania bliskości.

O co chodzi z tym osiąganiem? Dlaczego wciąż pniemy się wyżej? Po co nam kolejne dyplomy? Chwalenie się na fejsbuku, relacją, rodziną, nowo narodzonym dzieckiem, wydaną książką, awansem, wystąpieniem, kolejną umiejętnością popartą zdanym egzaminem?
Wyścig: kto mnie widzi? Kto polubił? Jaka ilość lajków? Czy przebiłem konkurencję? Jak nie, to co jeszcze powinienem zrobić, żeby być NAJLEPSZYM?
Porównywanie się, nieustanny głos krytyka, kto ma lepiej, kto ma gorzej, co o mnie myślą ???
Często jestem pod ogromnym wrażeniem jak dramatycznie różni się życie danej osoby, od tego jaki wykreowuje obraz o sobie. I to się dzieje absolutnie w każdej dziedzinie. W duchowej/terapeutycznej, dajemy rady, pouczamy, udajemy, że wiemy jak jest osiągnąć spokój i że wyzwoliło się z pułapki ego. I teraz, za odpowiednią opłatą, pomagamy to osiągnąć innym. Są też inne strategie (ego ma tyle oblicz;), dzielimy się swoim cierpieniem, byciem ludzkim, autentycznym, starając się tym samym pokazać swoją lepszość w stosunku do nieskazitelnych guru.
I tak to ten cyrk kręci się dalej. Nigdy nie zabraknie widowni, ani aktorów … Bilety zawsze będą się świetnie sprzedawały, tak długo jak będzie OBIETNICA.
Tak łatwo się na to łapiemy …
Od jakiegoś już czasu, przychodzi do mnie temat osiągania. Projektuję to na zewnątrz, a więc zjawisko przyciąga jak magnez to co i we mnie. I wikła z tymi, co osiągają, co nie mają czasu, co nie widzą, nie czują, zapominają, żyją w grubej mgle traumy … Do tej pory, był we mnie element podziwu w stosunku do tej części i trochę takie patrzenie na nią z dołu. Jak zakochane dziecko wlepiające oczy w nieosiągalnego rodzica. I to przyklejone poczucie gorszości, ofiary, przegranej. Jak ciężki bagaż niesiony na zmęczonych barkach …
Niedawno, pojawiło się odkrycie. Odkrycie, że to dziecko, jest w ogromnym bólu, desperacji, rozpaczy … Odkrycie, że jest niewidziane, i, przez tego rodzica, nigdy nie było, i nie będzie! Opadanie iluzji, jak ciężkiej zasłony. Z powiek, klatki piersiowej, barków, brzucha. Rozpadanie się łańcuchów pętających nogi … Nie wiedziałam, nawet nie wiedziałam, że nie mogę chodzić! To odkrycie tak boli. Mam odciski na całym ciele, zmiażdżoną klatkę piersiową, zaciśnięty brzuch, nie mogę oddychać, poruszać się bez przenikliwego bólu każdej komórki w ciele …
Myślałam, że ten osiągający, wspaniały rodzic, mnie widzi, że jestem dla niego najważniejsza. A jednak. Nie.
Co jest za tą kurtyną iluzji/bajki, w jakiej żyłam tak długo?
Pustka?
Czerń?
Noc?
Śmierć?
Nie bój się malutka, nie jesteś sama.
Jestem z Tobą, zawsze byłam.
To co się teraz dzieje, to wielkie PRZYPOMINANIE.
Nie ma lęku.
JesteśMY.


sobota, 22 lutego 2020

Powrót z wakacji do domu …

Ciekawie jest wracać z podróży do domu, do swojego gniazda, wysiedzianego, wyleżanego, wydeptanego … Zawsze jest inaczej. Obserwuję zmianę perspektywy. Bycie poza domem buduje coś takiego jak perspektywa. Troszeczkę bardziej odklejam się od utartych szlaków, odkrywam, że istnieją inne. Są ludzie, którzy mówią w innych językach. Którzy przeszli innego rodzaju uwarunkowania. Byli wychowani w innej kulturze, jedli inne jedzenie, mieli inną pogodę …

Zanim ta perspektywa zostanie zapomniana, chciałabym zapamiętać co widzę teraz. Bo to teraz ulotne jest jak dym …
Jest we mnie jakieś wyczerpanie utknięciem. Utknięciem w niemożności, poczuciu przegranej, gorszości. Tak jakbym znała tylko dwie drogi: uwiesić się na wyidealizowanym obiekcie z zewnątrz, a wtedy jest jedynie kwestią czasu, kiedy się rozczaruję.
Albo pozostać w swoim starym domu, bo znajomo, a więc bezpiecznie, tylko że martwo ... Gdzie uciekam w sen …

A jak wyglądałaby ta trzecia, Nowa?
Która łączy się z lekkim poczuciem lęku, niepewności.
Nowe nieznane.
Odkrywanie obcego lądu.
Nowej kultury.
Uczenie się nieznanego języka.
Od początku.

Wyzerować się.
Wyczyścić dysk.
Wyrzucić śmieci.

W nowym miejscu, nie jestem niczyją ofiarą. Nie mam rodziny. Pochodzę z tej nieznanej planety, o której zupełnie zapomniałam. Ale to nie znaczy, że jest ona obca. Są na niej skarby. Są kochające Istoty. Jest żyzna ziemia, czyste powietrze, ogrzewające słońce, i otulająca puchatym aksamitem, czerń nocy.
Mam nieskończone moce, mądrość, otwartość, elastyczność, odwagę, niewybiórczą obecność …

Odpoczywam w działaniu.
Zapominam wszystko co wiem,
puszczam kontrolę.

Zachwycam się
Nowiem
i piję z niego jak z bezkresnej studni mądrości 🌙




czwartek, 13 lutego 2020

O co chodzi z tą miłością?

Jakże to trudne słowo. Przychodzimy na zajęcia rozwojowe, po to, żeby nas w końcu ktoś pokochał. Świadomie, a najczęściej jednak nie, mamy nadzieję, że obejmą nas czułe ramiona mamy i taty, że będziemy mogli w końcu odpocząć. Może nawet, na takich zajęciach, spotykamy “naszą drugą połówkę”, równie samotnego osobnika, który wierzy, że spotkał takiego jak on. Mądrzejszego od reszty społeczeństwa, bo “poszukującego”. Oczywiście, to tylko kwestia czasu, aż opadnie narkotyczna mgła hormonów, i okaże się, że i ta relacja nie daje nam ukojenia, że partner jest inny niż wydawał nam się na początku. I, o zgrozo, przerażająco przypomina jednego, a może nawet dwóch naraz, rodziców.
Więc jak to jest, czemu tak bardzo mylimy się w tej całej miłości? Czemu cierpimy nieludzkie katusze, czemu wciąż na nowo się rozczarowujemy?

Może jest tak, że dopóki miłości będziemy poszukiwali z miejsca dziecka, czeka nas rozczarowanie. Dziecko wierzy, że miłość -odzwierciedlenie naszej boskości, zostanie nam dostarczona przez innego człowieka/ludzi. Jest to absolutnie niewinna nadzieja. Nadzieja, która umiera ostatnia. Umiera najczęściej dłużej niż jedno życie człowieka, umiera z pokolenia na pokolenia … Po drodze powstają wielkie powieści, piosenki, nagradzane Oscarami filmy … 
Aż w końcu grunt pod nogami osuwa nam się ostatecznie, i nie zostaje już 
nic. 
Doświadczyć tej bezgranicznej dziury, pustki, beznadziei … 
Medytacja jest doświadczeniem samotności absolutnej. Kiedy to odkrywamy, że nie ma wokół nas żadnych kół ratunkowych. 
Że jestem w tym oceanie absolutnie sama/sam. Co wtedy zrobisz? Gdy masz przed sobą godzinę, może trochę więcej, życia? Wiedząc, namacalnie i niewątpliwie, że ten moment już nigdy, przenigdy się nie powtórzy.
Godność tej chwili. Której być może nie zdążysz uchwycić fotografią, pochwalić się nią na forach społecznościowych. 
Jesteś sam. 
Jesteś sama. 
Na środku oceanu. 
Żyjesz. 
Nikt cię nie oklaskuje.

I co 

Teraz?

Autoportret - olej na płótnie, 2006

wtorek, 11 lutego 2020

Sanatorium Pod Wulkanem 🌋

Ci co mnie dobrze znają, wiedzą, że nie lubię się dużo przemieszczać. Nie lubię też zostawać zbyt długo w jednym miejscu. Generalnie, mam całkiem konkretne potrzeby. Lawirowanie pomiędzy nimi, rozpoznawanie ich, świadome widzenie, kiedy robię w zgodzie ze sobą, a kiedy nie, to jest jakaś super trudne gimnastyka! Kiedyś myślałam, że joga pomoże mi rozwiązać wszystkie problemy, ale dbanie o siłę i elastyczność ciała, to tylko jeden z elementów wspierających praktykę medytacji. Także siedzenie w ciszy i nieruchomo pod ścianą, jest tylko jednym ze sposobów medytowania. Przez to, że od dziecka znałam tylko tą jedną formę, myślałam, że nie ma innych, lub też inne są złe/nieskuteczne. Takie to uwarunkowanie z domu … 
Przez długie lata znajdywałam kolejne metody, trzymałam się ich kurczowo, wyciskałam z nich wszystkie soki, byłam najlepszą studentką, czułam się w nich pewnie, aż do momentu skrajnego wyczerpania … Robiłam dużo i intensywnie, przekraczając swoje granice (chociaż o tym nie wiedziałam, bo świadomość granic, to coś co przychodzi mi z wielkim trudem), aż w końcu, wymęczona, miałam ich dość i znajdywałam kolejną. Po okresie frustracji i żałoby, wpadałam w następne szaleństwo, kolejny dziki romans z nową formą praktyki. Towarzyszył mi ognisty entuzjazm, którym z taką to łatwością, zupełnie niezamierzenie, zarażałam innych … Bo pasja jest zaraźliwa … Fala podobna do tekstu piosenki Bjork “It’s oh so quiet now … but soon again, starts another big RIOT … !” 
Romans zawsze nieubłaganie kończył się licznymi ranami, wypaleniem i zniechęceniem, a czasem nawet nienawiścią, głównie do siebie, ale też do konkretnych środowisk, zaciekle broniących “jedynie słusznej drogi”. Czyli znów pewnie do siebie, a dokładnie tej części w sobie, która za nic w świecie nie chce puścić fartucha mamy … Rozwścieczone dziecko, które nie znalazło satysfakcji. Pewnie dlatego tak bardzo czułam piosenkę Rolling Srones-ów “I can’t get no satisfaction”. Oj, jak dobrze znam to miejsce …
Kiedy to piszę, zauważam, że tak postępuję też i w innych sferach swojego życia, zabawne. Chociaż z wiekiem, robię to mniej intensywnie, wolniej i w większym uśpieniu …  Coś takiego się stało w przeciągu ostatnich pięciu lat, że zapadłam w letarg, sen, a może zapuszkowałam się w bezpiecznej, wyciszonej jaskini, coby wylizać rany … ?
Przez te lata zbudowałam dom. Jest piękny, dokładnie taki jaki sobie wymarzyłam … I, znów jest tak, że czegoś chcę, że nie mogę usiedzieć na pupie, cieszyć się spokojną emeryturą … Cóż, życie chce się dalej żyć, najwyraźniej :)
Już nie chcę spać! Jak pies, mam potrzebę wytrzepania z siebie osiadłego przez lata kurzu z futra. Chcę otworzyć szeroko oczy i zacząć drugą połowę swojego życia, na nowo. Inaczej. Po kilkuletnim, zimowym śnie, czas na wyjście z kokonu. 
Jestem inną Magą. Jaką? Nie wiem. Obraz dopiero zaczyna się malować. 
Z zadziwieniem odkrywam, że gdy pojawiała się we mnie złość, niewygoda, gdy działo się coś, na co już od jakiegoś czasu miałam w sobie głośne “nie”, równolegle pojawiało się coś na kształt przyjemności, a może jakieś takie uczucie czegoś znajomego. A znajome równa się bezpieczne. I tak trudno, tak trudno wyrwać nogę z tego gęstego bagna, postawić pierwszy krok. Jak spod ziemi wychodzą zombie krzyczące: “co ty robisz?! tak nie wolno! to jest niebezpieczne! z tobą jest coś nie tak, idź się leczyć!” 
Nie dać się tym głosom, i pozostać w świadomym wyborze wyjścia z miejsca nadużycia, stania wiernie po stronie Dziecka …
Drugi krok już jest łatwiejszy. Teraz już to wiem, bo miałam odwagę. Odwagę bycia samą, sprzeciwienia się nauczycielowi, większości, pójścia w stronę nieznanego, które nie gwarantuje niczego, także bezpieczeństwa. 
Po drugim kroku, następuje seria kolejnych, lekkich. Wolny chód. Na nowo, jak tancerka, która zapomniała, że umie tańczyć, jak nikt inny … I że jest piękna!

Odkrywam swoje potrzeby. 
Ja mam potrzeby, naprawdę? Przecież to świat jest taki potrzebujący. Gdy spotykam człowieka, od razu wyczytuję z jego twarzy historie niezliczonych pokoleń, każda zmarszczka jest fascynującą, poruszającą opowieścią, błysk w oku jest sposobem komunikowania się duszy z moją … Zaczynamy romans, taniec, dialog. Jak radar przestawiam się na czytanie fal drugiego Istnienia. I czytam ten alfabet Morse-a, w tempie ruchu fal oceanu, z pewnością, nie wiedząc nic, co paradoksalnie przynosi niezmącony spokój i rozluźnienie …
I jest we mnie ta prastara tęsknota. Nowość. Aby i ktoś mnie tak spotkał. Aby usiadł i słuchał. Nie przeszkadzał, nie przerywał, nie radził. Nic nie mówił. Abyśmy obydwoje spotkali się w Sercu Ciszy. Planecie, którą odkryłam jakiś czas temu, której chroniłam jak prywatny skarb. Tak długo, aż poczułam ukłucie samotności. Nasyciłam nią serce i ciało, uniosłam ciężkie powieki, rozejrzałam się wokoło i … poczułam, że brakuje na niej ludzi. Brakuje człowieka, z którym mogłabym odpocząć. 
Dzielenie się ostatecznym odpoczynkiem. Czy może być coś piękniejszego? Doznałam tego raz, więc pamiętam. Pamiętam jak czułam się absolutnie bezpiecznie, zatroszczona i zaopiekowana. To jest podstawa, ziemia, ciało. I jak z tego poczucia bezpieczeństwa, rodziła się rozkosz. Nie musieliśmy nic mówić, wystarczyło, że siedzieliśmy obok siebie. Nawet w oczy nie musieliśmy sobie patrzeć, bo nasze ciała ze sobą rozmawiały, same. Bez słów, patrzenia, kontroli … I tylko się śmialiśmy, wszystko było takie zabawne. Ludzkie dramaty, zamyślone twarze, kombinowanie, dążenia. A już najzabawniejszy był świat duchowych poszukiwaczy. 
W tym miejscu ostatecznego zrelaksowania, odpuszczenia, ciszy, została tylko żywa esencja rozkoszy, przyjemności. Całkowitego przyjęcia wszystkiego takim jakie jest. 
Taka jest ta planeta. Takie jest bycie w Sercu Ciszy. Bez kombinowania, myśli. Przytrafia się w zatrzymaniu, kompletnym. Dzielenie się absolutem z drugim, to jest tantra.


Zapraszam Miłość.


czwartek, 19 września 2019

niedziela, 10 lutego 2019

Piękno Wstydu 🌸

U mnie w domu wstyd uznawano za coś złego, ba, może nawet wstydliwego, coś co trzeba było wyeliminować ... Należy być twardym i przetrwać, a nie być delikatnym, wrażliwym i czującym, bo to grozi śmiercią. Tak mi mówiono.

A więc nauczyłam się chować wstyd za sztywnymi maskami. Twardością, brakiem emocji, byciem „miłą”, wycofaną, bez życia. Za kontrolą, która jak żelazny pająk, wszczepiła się w moje barki, za wstrzymanym oddechem. Trwaniem w szoku, paraliżującym lęku. Brakiem świadomości własnych potrzeb, granic, poczucia ja i prawa do istnienia ... 

A wstyd nigdy nie umarł, tli się jak małe ognisko gdzieś głęboko w jaskini istnienia, w Centrum. Delikatna, żywa energia w ciele. Powodującą, że krew napływa do policzków, że serce mocniej bije, że może gdzieś, w podbrzuszu, czuję podniecenie, tego czarnego, ciepłego węża, powoli sunącego przez ciało. 

Delikatność, nieśmiałość, naturalność - prawda dziewczynki, została zdeptana twardymi wojskowymi butami, zimnem i ciemnością, okrutnymi słowami o wykrzywionej twarzy diabła.
W małym ciele dziecka, to było tak jakby serce zostało wyciągnięte zimnymi palcami śmierci.
Wierzyło się, że serca nie ma, ale cóż jest warta wiara w to co niemożliwe?

Uczenie się chodzenia na nowo, odzyskiwanie nóg, stóp, miednicy, drżenie w ciele, energia w dłoniach, światło bijące z twarzy, otwartych oczu, ciepłej skóry.
Jestem. Żyję.
Wiem czego chcę i to biorą. 
Wiem czego nie chcę, i to odrzucam. 
Jasno, klarownie, bez wahania.Mam prawo tu być. 
Mam prawo chcieć i brać. 
Mam prawo nie chcieć i nie brać.
Bo mam silne ciało, które jest moje.
Bezwarunkowo.

Jestem taka jak Ty, a jednocześnie jedyna w swoim rodzaju. Tak jak i Ty, doświadczyłam cierpienia, niesprawiedliwości, bólu odrzucenia ... 
Wszyscy tworzymy ścianki tego samego diamentu, chociaż każde z nas świeci na inny sposób, każde z nas jest ciemne i jasne, każde z nas jest całością.

Bez Ciebie nie istniałby świat.





sobota, 25 sierpnia 2018

Nieuniknione Spotkanie ☯︎

Spotkanie z nim było nieuniknione i w czasie doprecyzowane co do milisekundy, bo wszelkie zdarzenia są nieuchronne. 
Bawię się w planowanie, wymyślanie swojego życia. Wydaje mi się, że coś wiem. Tak bardzo mi się wydaje, że aż tworzę napięcia w ciele, które potem czułe, doświadczone dłonie masażystów, rozbrajają.
Dziękuję.

Chciałoby się uwierzyć, że jest jakiś klucz, jakaś reguła. Że jak będę robiła to, to wydarzy się tamto.
Tak i nie.
A więc nie wiadomo.
Odpowiedzi brak.

Jak to jest, że zdarzają się ludzie na tym świecie, przy których czuję, że jest mi dobrze, tak bardzo, bardzo dobrze. Którzy są ciekawi, fascynujący, żywi, którym błyszczą oczy, którzy wiedzą to co ja, którzy znają język miłości. Jakoś tak wyszło, że znają, i już ... Z którymi chcę być. I od razu jest świadomość, że nie ma trwałości, a więc i to może się zmienić. Ostrożna się robię, uważna, nastawiam uszu, jak sarna, wyczuwam bardziej, skóra wrażliwa na dotyk, świadomość ruchu, coś samo przybiera kształt, tańczy, pachnie, odpowiednio. Wysublimowana precyzja, ostra jak brzytwa. Mrugnięcie powieką, gest ręki. Alchemia.
Patrzenie w oczy bez słów, bo dusze znają się wcześniej, zanim wynaleziono słowo. Głowa nie łapie, ciało już wie. I spisek sam się tworzy, szybciej od światła powstają niezliczone siatki ścieżek. Dobry dziadziuś Bóg zaciera ręce. "acha, no to się znaleźli, dobrze, ogień już zapłonął, rozkręca się, pięknieje. Dar dla tej ziemi. Kolejny. Cudnie."

Wszystko jest w porządku. Wszystko będzie dobrze. Tak bardzo, że pozostaje robić to co jest do zrobienia. Ani krztyny mniej, ani więcej. 
Jast akurat.
JUŻ jest.
I już



niedziela, 8 kwietnia 2018

ZDRADA ✟

To nie będzie wesoły post.
To będzie wyznanie cierpienia.
Cierpienia, na które nie pozwalano mi w domu, a ja posłusznie je tłumiłam, myśląc, że może faktycznie tak będzie lepiej ...
Nie jest.
Udawanie nie jest fajne.
Granie tego kim się nie jest, nie jest fajne.

Zostałam zostawiona przez matkę.
Nie wiem kiedy, może było to gdy byłam w jej brzuchu. Może już wcześniej, jak mama była zostawiana sama przez mojego ojca, jak wcześniej była zostawiona i zaniedbana emocjonalnie przez własnych rodziców, jak musiała znosić ciężkie warunki, zimno domu bez ogrzewania, jak była bez pomocy gdy była w ciąży, zdradzana i nieszanowana przez jej męża już wtedy, i lata przed ciążą ... Jak nie umiała poprosić o pomoc, jak pilnowała tych strasznych tajemnic, jak w tym trwała, nie znając nic lepszego, myśląc może, że na nic lepszego nie zasługuje "bo inni przecież mają gorzej", jak zaciskała zęby bardziej i bardziej, jak odkładając swoje potrzeby na bok, latami, jak pozwalając sobie na bycie traktowaną jak śmieć, obudowywała serce tak, że już nic nie zostawało, że już nic nie czuła, że została martwa twarz z zaciśniętymi szczękami, zmrożona ...

Gdy przyszłam na świat, byłam malutkim kawałkiem ciałka, błagającym o uwagę. Szybko nauczyłam się, że krzyki nic nie dają, że trzeba się poddać, i wierzyć, że może kiedyś ktoś przyjdzie, nakarmi, przytuli.
Byłam gotowa na śmierć w każdej chwili. Zaczynało być mi wszystko jedno, bo większość czasu nikt nie przychodził ...
Nie ma nadziei, nic nie ma sensu, to głębiej niż depresja, najgłębsza dziura beznadzei i pustka. Totalnie pozostawiona i nadużyta, nie widziana od samego początku ...

Potem już nie wiedziałam kim jestem. Gdzie się zaczynam, a gdzie kończę. Byłam już wytresowana, że żeby cokolwiek otrzymać, ochłapy miłości/uwagi, muszę na to zasłużyć. Więc byłam idealnie grzeczna, cicha, niewidoczna. Pomagała wszystkim, wysłuchiwałam wszystkich, własne potrzeby i problemy, wyśmiewałam i bagatelizowałam. Już nawet nie byłam ich świadoma. Ja? Mnie nie ma ...
Bo zostałam nauczona od początku, że to czego ja potrzebuję nie jest istotne, że ja nie jestem istotna, wręcz mnie nie ma, za to wszyscy inni, są, i że trzeba być dla innych, trzeba być "dobrą" ...

Tyle lat, tyle lat ...


Budzenie się do tej świadomości towarzyszy niewyobrażalny ból i wściekłość. To już nie jest gniew, to mordercza nienawiść.
Mam wrażenie, że wiem skąd biorą się seryjni mordercy ... Rozumiem ich i ... współczuję ...

"Duchowość" i medytacja była idealną powtórką "nieistnienia", zamrożenia, bycia w "stendby"-u. Tylko tak dało się przetrwać. Tyle, że po latach siedzenia na poduszce w tym nieżyciu, zobaczyłam, że nic się nie zmienia, a powrót to rzeczywistości, z takich długich okresów medytowania, był coraz boleśniejszy, coraz dotkliwszy, nie do wytrzymania ...
I to był efekt medytacji - dokładnie taki jaki miał być - zaproszenie do prawdy, do tego skrytego bólu, który w końcu mogę unieść ...

Ile trwa odklejanie się od tego uzależnienia od toksycnych przekonań, wdrażanych mi tyle lat?
Dziecko kocha matkę bezwarunkowo, a więc zakochuje się we wszystkich słowach, które do niego mówiła, także tych zabijających duszę i serce, nadużywających, nie szanujących ani nie widzących jego potrzeb, granic ... morderczych ...



Jesteś widziana, kochana szanowana.
Będę przy tobie ZAWSZE,
nigdy Cię nie zostawię,
wysłucham Twojego 
Bólu
Nienawiści
Bezdennej Rozpaczy ...

Jesteś taka piękna,
Kocham każdą 
Twoją
Emocję,
Łzę,
Krzyk i

Cichą
Rozpacz ...

JESTEŚ I MASZ PRAWO BYĆ NA TYM ŚWIECIE


WAKE UP Maga!
You are safe with me.
I love you ♡




czwartek, 8 marca 2018

Broken 💔

Podobno mówi się, że łamiemy kości po to, żeby mogło przez nie wejść światło i wypełnić powstałą szparę białym lśniącym promieniem.

Nie wiem czy tak się stało gdy pod koniec stycznia przewróciłam się na stromej ścieżce w górach na wyspie Gomera i złamałam kostkę.
Chciałabym napisać, że tak, że tak jak to jest w japońskich przypowieściach zen, stało się oświecenie i wybuchłam ekstatycznym śmiechem. Zrozumiałam porządek tego świata i stałam się miłością, zaufałam światu absolutnie. 
No ale, cała ta historia przed, w trakcie i po, znacznie bardziej różnorodna była, prozaiczna i przyziemna, chwilami głęboko poruszająca, pełna emocji, bólu, wzruszeń, błogości i płaczu, a innym razem nudy, marazmu, bezsilności, frustracji i złości …

Moje życie do tej pory było w dużym stopniu przewidywalne i kontrolowalne. 
Po złamaniu, skrzętnie zaplanowane aktywności na kilka najbliższych miesięcy, jak klocki domino, zaczęły się przewracać i stawać niemożliwymi do wykonania. Rozczarowanie i niezgoda na taki stan rzeczy, były ogromne. To miał być czas kiedy w końcu żyję swoim życiem, cieszę się wolnością, podróżami, zmieniam miejsca, wybieram te co lubię, odchodzę z miejsc gdzie mi źle.
Teraz ten wybór został mi w dużej mierze zabrany. 
Nagle pojawiło się dużo czasu, bardzo dużo czasu na bycie i przyglądanie się, na poznanie siebie jeszcze bardziej, chociaż to niby ja byłam do tej pory tą, która pomaga innym poznawać siebie. To miały być długo wyczekiwane wakacje, a napracowałam się bardziej, niż na moich treningach majfujnesa … Życie dało mi prztyczka w nos :)

Czego się nauczyłam? 

Po pierwsze: zostawianie siebie i swoich potrzeb “dla dobra innych”, nie jest wyrazem cnoty i nie dostanie się za to żadnej nagrody, ani nie zbliży do nikogo, raczej oddali ... Kiedy jestem zła, to najpewniej moją potrzebę zostawiłam już daleko w lesie i działam w zacisku i sztywności. Jaki może być efekt takiego zacisku? Ano, że pójdę np w autoagresję (coby broń panie boże nie skrzywdzić kogoś innego!) i np złamię sobie nóżkę … Wniosek: jakkolwiek to będzie niewygodne dla drugiej osoby, z litości do siebie i innych, mówmy na bierząco o tym jak się czujemy i czego potrzebujemy, coby np. lekarze mniej pracy mieli ;) 
I nie, nie skrzywdzimy tak drugiej osoby (o ile ona sama sobie tego nie zrobi), a na pewno skrócimy łańcuch cierpienia.
U mnie jeszcze dochodzi sytuacja, kiedy nie wiem nawet co jest moją potrzebą, ale to chyba na jakieś inne rozkminy, jestem w trakcie badania tego tematu, i, że tak powiem po super duchowemu, “w procesie” :D

Po drugie: doceniajmy to co mamy. Złamanie nogi pokazało mi, jak cenne jest zdrowe ciało. Jak dane nam tylko na jakiś czas, jak w każdej chwili może się popsuć, i nie ma szans, żebyśmy mogli przewidzieć kiedy. To prawda, nie mogłam sprawnie chodzić, a dużą część mojej rekonwalescencji odczuwałam silny ból, bo kość nie zrastała się dobrze, i po miesiącu w gipsie, czekała mnie operacja i ponowne jej łamanie. A jednak, równocześnie byłam w stanie odczuwać przyjemność z leżenia i nic nie robienia, moja skóra czuła promienie słońca na niej, i o mój boże, jakże to było cudownie miłe! 
Kolejną trudną i mocną lekcją było bycie zależną. Kiedy nie możesz sam sobie zrobić jedzenia, kiedy musisz poprosić o zrobienie zakupów, o przyniesienie szklanki wody … Boże, jakże było to upokarzające i trudne dla mnie! Ta rozdzierająca bezsilność, ten brak innych możliwości, zdanie się na ludzi, którzy akurat byli w pobliżu. Skąd to znam? Czemu było aż tak traumatyczne? Odpowiedź jest szybka i oczywista: bycie niemowlęciem, bycia skazaną na innych ludzi, na odczytywanie potrzeb i emocji przez nich. Wtedy było to totalne. Wtedy naprawdę nie było innych możliwości, wtedy nie mogłam zadzwonić do przyjaciółki ze Stanów, ani napisać na mesendżerze do kogoś prawdziwie mi bliskiego, kogoś kto może mi dać wsparcie. 
Nie mówiąc o tym ile mi czasu w życiu zajęło odkrycie i zrozumienie czym jest wsparcie i obecność! Mój boże …
Wtedy, gdy byłam malutka, byli tylko mama i tata, i szybko musiałam się nauczyć sztuczek, aby otrzymać od nich to co chciałam. Bo nie było, i nie mogło być, nikogo innego. A wtedy właśnie kształtuje się osobowość …
Teraz jestem dorosłą kobietą, i nadal używam tych sztuczek. Jakże niesamowicie, i wcale nie przyjemnie ;), było to zobaczyć ponownie …
To zostawianie siebie, to żebranie o uwagę, to “bycie grzeczną i miłą”, granie kogoś kim nie jestem, skrywanie prawdziwych emocji i twarzy. To tkwienie w nieprzyjaznych miejscach, zamykanie się i znoszenie bólu i niewygody, naprawdę długo, gdzie nie, wcale nie musiałam tkwić, nawet mimo nogi w gipsie …
Ufff …

To był czas na rajskiej wyspie Gomera, tyle o wyczekanych wakacjach, hihi …

A co było po powrocie do Warszawy?

Odkrycie, że mam bliskich mi ludzi, że mam siostrę, mimo, że nie rodzoną, to kochaną i kochającą, tak mocno, tak ciepło, tak prawdziwie … To, że jej dom przyjął mnie i ukochał, chociaż coś we mnie wrzeszczało, że “jakim cudem, nie jesteś tego warta, jesteś szatańskim nasieniem, nikt cię nigdy nie będzie kochał!” Skąd te słowa? Nie wiem. Czarne są i bolesne tak, że mogą zabić. 
Znam, zostawiam, nie moje …

Co roztapiało moje zbolałe spękane serce, słabe ciało, chudą drżącą, leczącą się nóżkę? Co powodowało, że łzy leciały ciurkiem, strumieniem wartkim i ciepłym, niekontrolowanym?

Ciepły uścisk Maji.
Takie proste, i takie rozwalające na łopatki słowa: “kocham cię”.
słowa Marty: “nie męczysz mnie” i godzinne słuchanie jak wyję, smarkam, jak pochłania mnie czarna rozpacz i beznadzieja. I jak jest ze mną Świadek. Jak to jest wysłuchane i wybrzmiałe, do końca.
Potem już tylko sen, długi sen.
Obecność Vedanty, nieustanna, stojąca za mną jak nieporuszona grecka kolumna.
“jesteś dla mnie ważna, jesteś dla mnie ważna, jesteś dla mnie ważna …”
Rubaszne dowcipy Roba gdy czekałam na operację, tak, że przez łzy zanosiłam się śmiechem. 
Oczy małej Igi, oczy dziecka. Prawdziwe, szczere, czyste, kochające i jej obecność w moim pokoju, mądra, tak wzruszająca, ciekawość świata …

Lekarz, który mnie przyjął w Warszawie. Jego pewność, uwaga, opieka. Ile miłości, ile wiedzy i mądrości! Patrzyłam na niego jak na boga, boga, który ratuje moje zdrowie, zdrowie tylu ludzi, codziennie! Dziękuję, dziękuję, dziękuję! I wszyscy w szpitalu, zabawny anestezjolog, pielęgniarki, które całą noc czuwały i były na każde zawołanie, pomagały uśmierzyć ból, zakładały cewnik, zmieniały pieluchy, myły … Taka służba, taka wielka służba. Nie wiedziałam, nie wiedziałam, że na świecie dzieje się tyle dobra, każdej milisekundy … Moje współlokatorki ze szpitalnego pokoju, staruszka po operacji biodra, która ledwie idąc, podała mi butelkę wody … Taka dobroć, płaczę gdy o niej myślę …

No i powrót do mojego mieszkania.
Boże ty mój! Ile ja mam pięknych rzeczy! Jak moje mieszkanie cudownie pachnie! Młynek do kawy, przyprawy z Indii, olejki … Każdy kubek, powoduje wzruszenie i zachwyt. Tak pięknie, tak bardzo pięknie … Duże wygodne łóżko, nowa pralka, sprawny internet, kanapa w kwiaty, świeczki, bujnie rosnące rośliny … Tyle bogactwa! I sąsiadka, która cały czas gdy mnie nie było, podlewała rośliny, a gdy przyjechałam, zrobiła zakupy, wysłała listy … Tyle wdzięczności …

I co teraz?

Dalej mam nogę w gipsie.
Teraz już nowym, polskim.
Są momenty, że już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę chodzić, i są chwile, kiedy mnie to przeraża. Kiedy chciałabym jeszcze trochę dłużej zostać takim bezwolnym bobasem. Bo jeszcze mi mało, jeszcze mało tego karmienia …
To takie “bitter sweet”, przyjemność z silną niewygodą …
Jakże trudno jest przyjmować.
Jakże trudno się poddać.
Zaufać.

Miękko obejmuję tą drżącą nieufność, ten lęk małej chudej dziewczynki. 
Patrzę w Jej duże szkliste oczy.
Jakie są piękne!

Kocham Cię

Malutka.



niedziela, 18 lutego 2018

LIVING DAYLIGHT 🌈


Złamanie, roztop, otrząśnięcie
z twardych
iluzji.

Jestem delikatnością,
drżącą energią
czuję

w s z y s t k o


Wyczuwam 
bezbłędnie,
a gdy forsować na siłę fałsz chcę,
upadam
aby zrobić miejsce na

s e r c e


To nieprawda, że jestem niezniszczalna,
że zniosę wszystko, jak wystarczająco mocno zacisnę szczęki,
jak ubiorę nieprzemakalny płaszcz,
stanę w opozycji, kontrze,
kły wyostrzę.

nie po maga
bo
Maga
Dobroci 

p o t r z e b u j e


Ciepłych ramion Matki,
widzących oczu
słyszących uszu
czułego dotyku
kochających słów.

i wiem dobrze, kiedy
strawa niestrawna jest.
Już udawać nie będę,
że przełknę, bo 
nie zjem

i już,

cóż …


Rekonwalescencja,
Cisza, spokój, ciepło,
muskanie wiatru o skórę,
śpiew ptaków,
melodia oceanu.

Uczę się chodzić,
mówić, prosić, 

d z i ę k o w a ć

za wszystko czego jest dokładnie
tyle ile potrzeba
do 
Nieba
bram
by 

o d p o c z ą ć



niedziela, 24 grudnia 2017

KOCHAJĄCY DOM

Żeby dziecko wyrosło na dorosłego potrzebuje miłości, trzymania, dobra …
Dorosłe dzieci nie ustają  w poszukiwaniach. 
Wołają o to czego nie dostały w dzieciństwie. 
Dobrze wiedzą co to jest, ale często tego nie dostają, bo domagają się tego w oderwaniu od źródła, które jest bliżej niż nam się wydaje.
Jest Tutaj, we własnym sercu.
Czego ono potrzebuje? Czego mu brakuje? 
Co chcielibyśmy usłyszeć, od mamy, od taty?

Moja mała ja karmi się takimi słowami:

Mama:
Kocham Cię maleńka.
Jesteś najpiękniejszą istotą jaką kiedykolwiek widziałam, nie mogę od Ciebie oderwać wzroku.
Jestem ciągle przy Tobie, z Tobą, dotykam, przytulam, bujam, śpiewam kołysanki, karmię, myję, słucham i słyszę. Widzę.
Tak się cieszę, że jesteś dziewczynką, wyrośniesz na piękną, mądrą kobietę.
Uwielbiam patrzeć jak się ruszasz, jak żyjesz, jak wyrażasz swoje emocje. Wspieram każdą z nich, towarzyszę i odzwierciedlam to co czujesz. Zawsze zaspakajam Twoje potrzeby.
Będę zawsze przy Tobie, nigdy Cię nie opuszczę.
Będę Cię wspierała w każdej sytuacji, a szczególnie gdy będzie Ci się działa krzywda. Stanę wtedy bezwarunkowo po Twojej stronie. Będę Cię  broniła jak lwica.
Przy mnie zawsze możesz czuć się bezpieczna.
Ty nie jesteś od dbania o moje potrzeby, ja sama o nie dbam.
Ja dbam o Twoje.
Cieszą mnie Twoje sukcesy, uwielbiam patrzeć jak celebrujesz swoje osiągnięcia.
Będę Cię wspierała we wszystkim co Cię interesuje, czego pragniesz.
Pomogę Ci odróżnić miłość i dobrze życzących ludzi, od tych, którzy będą chcieli Cię wykorzystać, którzy życzą Ci źle, rywalizują i zazdroszczą.
Nauczę Cię stawiania mocnych, zdrowych granic.
Nauczę Cię szanować siebie i swoje piękno.
Pokażę Ci czym jest zdrowa kobieca seksualność. Pokażę Ci jak być z mężczyzną w zdrowej relacji, szanując i kochając Twojego tatę, a mojego partnera. 
Spędzę z Tobą tyle czasu ile będziesz potrzebowała, abyś mogła wejść w okres dojrzewania i pełni seksualnej z godnością, dumą i bez wstydu. Abyś mogła czerpać przyjemności i ekstazę w pełni i bez ograniczeń. Abyś bez wahania odgradzała się od tych, którzy nie czują szacunku do Twojej kobiecości.
Będę wspólnie z Tobą celebrowała radość, seksualność i moc kobiecą.
Bo cieszy mnie najbardziej na świecie gdy jesteś szczęśliwa i spełniona jako kobieta.
Będę wspierała Twoją relację z kochającym mężczyzną, będę zawsze blisko, ale też będę się oddalała, gdy będziesz potrzebowała intymności.
Wesprę Cię w Twoim macierzyństwie.
Będę Cię wspierała na każdym etapie Twojego życia.
Kocham Cię najbardziej na świecie.

Tata:
Kocham Cię córeczko.
Gdy tylko pojawiłaś się na tym świecie, obiecałem, że zawsze będę o Ciebie dbał.
Jestem przy Tobie zawsze i życzę Ci dobrze.
Uwielbiam towarzyszyć Ci w rozwoju, pomagać Twojej Mamie, a mojej ukochanej partnerce, którą jestem nieustannie zachwycony i podziwiam za cały trud związany z urodzeniem Ciebie i opieką nad Tobą. Wkładam olbrzymią ilość pracy, aby pomóc Twojej mamie w wychowywaniu Ciebie.
Dbam o Twoje potrzeby. Pomagam w karmieniu, przewijaniu, odzwierciedlaniu Twoich uczuć, absolutnie wszystkich. Płaczu, gniewu, radości, smutku … 
Często Cię przytulam, noszę, huśtam w ramionach, bo wiem, że bardzo to lubisz.
Poświęcam Tobie tyle czasu ile potrzebujesz.
Ty nie jesteś od dbania o moje potrzeby, ja sam o nie dbam. Ja jestem od zaspakajania Twoich potrzeb.
Ty i Twoje potrzeby są dla mnie ważniejsze od pracy i kariery.
Jesteś dla mnie najważniejsza na świecie.
Pokazuję Ci na przykładzie mojej relacji z Twoją mamą, na czym polega zdrowa, kochająca relacja z kobietą, jak szanować kobietę, kochać i celebrować każdą wspólną chwilę.
Pokazuję Ci, że Twoja mama jest moją ukochaną partnerką, a Ty jesteś moją najdroższą córeczką. I już nic nigdy tego nie zmieni.
Gdy zaczynasz stawać się małą kobietą, jestem przy Tobie szczególnie dużo. Abyś wiedziała, że mężczyzna jest przy kobiecie w każdej sytuacji, że wspiera, pomaga, że nigdy nie zostawia. 
Cieszę się z Twoich osiągnięć. Wspieram w zdobywaniu tego czego potrzebujesz, o czym marzysz.
Uczę Cię zdrowych granic. Interesuję się Twoją budzącą się seksualnością, stojąc zawsze w odpowiedniej odległości. Chronię Cię przed tymi, którzy Cię nie szanują. Mówię głośne i wyraźne NIE tym, którzy zagrażają Twojemu bezpieczeństwu. 
Pokazuję na czym polega świadoma męskość i jak ona się wyraża w dobrej relacji.
Jestem przy Tobie gdy wybierasz sobie partnera. Interesuję się Twoją relacja i służę radą i wsparciem, gdy ich potrzebujesz.
Pomagam Ci w rodzicielstwie.
Twoje dzieci są dla mnie niezwykle ważne, jestem dla nich obecnym, kochającym dziadkiem.
Kocham Cię córeczko, nigdy Cię nie opuszczę.
Zawsze Jestem i udowadniam to konkretnymi czynami.


Bóg się ucieszył gdy przyszłaś/przyszedłeś na ten świat.
Życzę Ci aby Twoje życie było nieustanną celebracją Cudu, którym Jesteś ♡


wtorek, 21 listopada 2017

Bajka o Samotnej Dziewczynce

To będzie bajka z dawnych czasów, które zapisały się w ciele i są czasem teraźniejszym, bo ciało mówi prawdę/wyraża się tą chwilą.
Medytacja, to zaproszenie dla ciała.
A więc proszę, mów, boska istoto …

W ciele zapisał się krzyk, żałoba bez końca, ból i wstyd. I wiele innych.

(Już słyszę, jak wewnętrzny głos zaczyna się niepokoić, że schodzę w ciemne rejony, a to niedobrze, niedobrze, trzeba się na pozytywach przecież koncentrować.
Dobrze panie głosie, ja jednak pójdę i będę kontynuowała, a tobie dam marchewkę, smaczna jest, eko, mam nadzieję, że chociaż na chwilę będziesz się miał czym zająć.)

Samotna Dziewczynka od początku wiedziała wszystko. Miała jasne głębokie oczy, żywe ciało, mądrość świata. Była Buddą, Boginią, Bogiem, była wszystkim dla czego buduje się kościoły, świątynie, przed czym kłania się i kłaniało, od zawsze.
Dziewczynka nie znała nazw, podziałów, płci.
Dziecko jest przed tym wszystkim.

Z każdym kolejnym dniem, które wydawały się długie jak dekady, Dziewczynka doświadczała kolejnych dziwów.

Odkrywała, że jej naturalność przeszkadza, że niektóre emocje są niedobre, że ma płeć, i ona jest tą gorszą. Że jest brudna, nieczysta, i że powinna się wstydzić, a już na pewno usuwać się w tło, nie być widziana ani słyszana. Że powinna być miła i grzeczna, że powinna być jakaś. Dowiedziała się, że aby uzyskać coś, trzeba coś oddać …
Uczyła się, a jej małe ciało zamykało się coraz bardziej, szczęki zaciskały, milkła, stała się tak cicha, że zwierzęta podchodziły bardzo blisko, bo nie wyczuwały ani nie słyszały człowieka.
Stała się cichym drzewem w ogrodzie, samotną skałą w oddali, zamarźniętą wodą.
Oczy jednak zostały żywe i patrzyły z przerażeniem na teatr jaki się wokół niej rozgrywał. Co jakiś czas wydobywało się z niej ciche westchnienie: “a więc to tak, mój boże …” Po latach nagromadziła się tak duża ilość łez w oczodołach, że zaczęły wylewać się rwącą strugą, niekontrolowanie. Działo się to szczególnie podczas zgromadzeń rodzinnych. Jedyne co wiedziała to: “to tak boli, tak boli, tak straszliwie boli …”. Słowa jak sztylety, atmosfera jak z pola bitwy, obraz Beksińskiego. 
Ciało dziewczynki pozostawało zamknięte, i było takie jeszcze wiele lat. Bo nie mogła powiedzieć tego co czuje, groziła jej śmierć, kolejny cios, a każdy mógł okazać się tym śmiertelnym. Nie było dla niej miejsca, jej prawda była wdeptywana wielkimi butami głęboko w ziemię, rozszarpywana na forum, wyśmiewana, nazywana chorobą psychiczną, histerią. Była uznawana za przyczynę wszelkiego zła, była izolowana, odrzucana, była brzydka, chora, nieudana, gorsza …
To że przeżyła, to cud, to boski cud. 

Dziewczynka rosła, stawała się nastolatką, dziewczyną, kobietą …
W środku chroniła się mała przestraszona dziewczynka. Może, może kiedyś ktoś rozpozna jej prawdę, zobaczy ją. Chociaż nie miała już nadziei. Siedziała skulona w kącie. 

Samotność to główna towarzyszka życia Dziewczynki. Zimna, ale przynajmniej bezpieczna. Życie jedynie udowadniało, że nie można ufać, że ludzie karmią się jej słodyczą, a potem wyrzucają w kąt. Że żyjemy w męskim świecie, a kobieta ma mniejsze prawa. Że tych praw równie zaciekle chronią mężczyżni, jak i kobiety. Że nikt nie słucha jej głosu, bo jest tym mniej znaczącym, że czuje za dużo, że mówi zbyt dosłownie. Że głos nie idący na kompromisy, jest zbyt niewygodny. Że zostanie za to ukarana, porzucona kolejny raz, zignorowana, że zostanie sama … Że jej żywa i nieskrępowana seksualność zostanie wykorzystana, że jej naturalność będzie wyśmiewana. Że jej ufność będzie nazwana naiwnością …
Że w życiu liczy się to co jaskrawe i świecące, że nikt nie ma czasu. Nie ma czasu żeby wysłuchać nawet jednego zdania do końca. Że nikt nie słucha, że wszyscy chcą …
Że żyjemy osamotnieni w wielomilionowych skupiskach, gdzie ocieramy się o siebie i popychamy w centrach handlowych, odreagowując wieczorem samotnie w domu, ocierając się i popychając o członków rodziny, tak samo nieobecnych …
Że nasze tłumione emocje co jakiś czas wybuchają jak uśpiony wulkan i ranią, niszcząc wszystko w koło …

Samotność.
Patrzę w koło żywymi zdziwionymi oczami, otwieram je coraz szerzej. Niezmiennie trudno w to uwierzyć mojej małej Dziewczynce …
“A więc to tak, mój boże …” 


Jestem w miejscu zadziwienia, szoku, powolnego odtajania …
Odkrywania potrzeb, które schowałam głęboko w ziemii, w najciemniejszym zakątku puszczy. Potrzebuję czasu, żeby się do nich dokopać. 
Ranię sobie ręce, odmrażam palce, trzęsę się, krzyczę, płaczę, tyle tego, ale nareszcie mogę. Mogę bo nie jestem sama, bo teraz już to wiem. 
Przypomniałam sobie.

Bo zasługuję na wszystko co najlepsze. I tylko to.
Jest tak dlatego, że żyję, i to wystarczy.
Jestem wystarczająca.

Jestem


Dowodem.