Maga Yoga

Maga Yoga

niedziela, 29 grudnia 2013

Dotyk

Miejsce gdzie nie ma już pytań.
Czucie
Współodczuwanie
Czuwanie
Czułość
Kochanie

Dotykanie.

Dwa serca połączone nićmi żył
Tak ściśle, że pytania: czemu po co dlaczego
Nie mają sensu
Bo bicie jednego serca będące pytaniem
Jest zarazem biciem drugiego - odpowiedzią.

Potrzebuję znaleźć sobie ciemne ciche miejsce gdzie rozluźniając każdą cząsteczkę ciała
Siedzę
Siedzę
Siedzę

Ruch, głosy, nawoływania
Nie ruszają mnie
Nie
Ruszają
Mnie
N
R
M

Góra

Zawsze jakaś była - jest
Kamieńczyk - Arunachala

Przyzwyczajam
Się
Moszczę (sobie) gniazdo
Badam możliwości
Buduję strukturę
Burzę
By zbudować ponownie
Bez celu
Dla samej
Radości
Z
Ruchu
W
Bez
RuChu
HuhuHA!

Taka
Zaba
wa
By
Wa :)





piątek, 27 grudnia 2013

Święta inkwizycja

Ukarze cię za wolność,
Za radość,
Nieskrępowanie.

Oskarży o wszelakie bezeceństwa,
Wmówi, że ma dowody.
Wymyśli je, spreparuje,
Stworzy dekrety, dokumenty, ustawy...
Zrobi pranie mózgu.

Powie, że żyjesz w ciemności
I to co robisz jest złe i chore.
Powie, że modli się za ciebie
I za twoje przewinienia,
Zrobi smutną minkę.

Za to on żyje w światłości i prawdzie.
Musi bronić się przed ciemnością,
Odgrodzić od niej.

Spalić na stosie.
Skatować.
Spowodować ból.
Ukarać.
Pozbawić życia.

To było kiedyś, ale kiedyś nie ma,
Więc teatr na nowo i nowo rozgrywa się
Tu i teraz
W naszych umysłach
Trzymając nas w więzieniach, klatkach
Tworząc iluzję, że to prawda,
Raniąc, krzywdząc.

Taniec kata z ofiarą.
Przyciąganie.
Poczucie winy.
Ofiara wchodząca w łapska swojego oprawcy,
Poszukująca zrozumienia.
Dlaczego?
Czemu ta miłość tak się wyraziła?
Niekończące się kłótnie,
Bolesna wymiana.
Kat zamienia się w ofiarę,
Ofiara w kata...


Pochylam się z czułością nad tą sceną.
Ronię łzy współczucia.
Leczę
Się
Rozrywam sznury, którymi byłam przywiązana do pala na stosie,
Tyle razy,
Kopana, bita, gwałcona,
Karana.

Wolność w pełnym czuciu jej braku.

Ten ból czasem tozrywa klatkę piersiową,
Jak czarne ptaszysko próbujące wyrwać się ze swojej klatki.
Wydobyć wrzask rozpaczy.
Pole bitwy, kości, wyjący z bólu umierający,
Ich bliscy krzyczący z rozpaczy...

Są też takie sceny.
Nie uciekam przed nimi.
Już nie.

Będę tańczyć z czarnym ptaszyskiem,
Czarownicą o rozwianych grubych włosach,
Uzdrowicielką z mokrego lasu,
Matką,
Kochanką,
Kapłanką.
Boginią.

Nic mnie mie może zatrzymać, bo wolność jest moją Naturą.
Serce zdrowe i duże,
Bije w tych piersiach,
Pulsuje w całym ciele,
Łonie, brzuchu, rękach, nogach, głowie...

Bezgraniczność.

środa, 25 grudnia 2013

Bez znieczulenia

W Indiach jest tak dużo kontrastów i przeplatają się one ze sobą tak szybko i intensywnie, że to bywa szokiem, szczególnie gdy przyzwyczaiło się do życia w betonowych klatkach, oddzielonym od śmierci, życia, siebie...
W martwej ciszy.
Tutaj ciszy właściwie nie ma.
Albo jest, ale ona aż wibruje od życia.

Szok przejawia się przeróżnie:
Czasem jest to wściekłość i niezgoda na brak kontroli,
Innym razem przyjemny odlocik, miłe zanurzenie się w duchowości,
Jeszcze innym choroba, sraczka, senność albo nadaktywność nie pozwalająca na sen.

Szalony pachwork. Nieprzewidywalny, pozbawiony wszelkiej logiki.
Ruchomy a jednak bezczasowy.

Się jest w Indiach
Się idzie,
Je,
Pisze,
Patrzy,
Leży,
Stoi.

Czekanie na ostatni lunch w aśramie.
Nowy pokój już czeka.
Podłoga wymyta.
Siedzę na rudych aśramowych płytkach,
Oparta o ścianę sali do medytacji,
Przede mną Góra.
Jeszcze na nią nie weszłam.
Się mi nie chce.
Więc idę za tym,
Bo Pippi Langstrumpf wciąż we mnie żywa,
Podciąga pod pachy pasiaste rajstopy
I dzielnie w podskokach zasuwa przed siebie :)

Lęk

No i jest: lęk.
Co jak nie znajdę pokoju?
Co jak znajdę, ale jakiś beznadziejnie obskórny, brudny, ciemny?
Co jak mnie ktoś napadnie jak będę szła ciemną ulicą, wyrwie torbę, okradnie, pobije, zgwałci?
Tysiące przerażających scenariuszy w głowie.
Złość, że wcale nie jest tak łatwo, że znów ktoś coś obiecał i nie dotrzymał słowa.
Pokój, który miał być, zniknął, ot tak. Bo czemu nie?
Jak wogóle można tak kłamać, obiecywać?
Jak tutaj mieć ufność do świata?

No pewnie się da, w sumie ufność jest poza tymi zdarzeniami.
Bo chociaż tyle się dzieje, to i tak nic się nie dzieje w "międzyczasie".
Międzyczas, ciekawe słowo.
Może nazwę tak psa. Pies Międzyczas.
Albo syna: "Proszę państwa, oto Międzyczas Korbel. Przywitaj się ładnie z państwem, Międzyczasie." :)

Herbatka w aśramie. Jak tutaj utrzymać spokój i świadomie spożywać słodko gorący napój, jak od jutra mogę być bezdomna???
Czy może zamiast siedzieć na herbatce nie powinnam biegać jak szalona po uliczkach Tiruvannamalai pytając o pokoje?
Ale jakoś nie mogę. Coś mnie zatrzymuje. Ciężka pupa każe siedzieć w miejscu. Zaryzykuję. Najwyżej wyląduję na ziemi pod aśramem, w tłumie owiniętych w szmaty sadhu. Ojej, tylko, żeby mnie ktoś nie zgwałcił! Nie podejrzewam o to sadhu (chociaż kto wie???), no ale może napotoczyć się jakiś zbój i po ptokach...
Znów lęk się uaktywnia. Oczy szeroko otwarte, gotowość do akcji, cały czas. Siedzę na zimnej posadzce aśramowej, piję herbatę, a moja głowa nawija jak opętana.
Twarde barki, zaciśnięte szczęki.
Pieprzone Indie! Jak ja nienawidzę Hindusów czasami!
Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę! Zabiję, zarżnę, skopię!
Wrrrr!!!!!

Przyjechali już nowi mieszkańcy aśramu. Wypasionym, mega drogim samochodem, który jest większy niż najtłusta krowa ze zdrowej aśramowej trzódki.
Pasażerowie pojazdu to Hindusi z najwyższej kasty, niewątpliwie. Mają prawie zupełnie białą skórę, zdrowe zęby, są ładnie podtyci, ubrani tradycyjnie, ale pani ma nowczesną torebkę z dużą ilością złotych zapięć, a pan Rolexa i koszulę skrzętnie wsuniętą w gacie. Są nieskazitelni jak z bolyłudzkiego filmu.
Najwyraźniej oni mają większe prawo do bycia w aśramie niż ja. Mnie dziś aśramowy prezydent nie przedłużył pobytu...

No dobra, ten blog miał być chyba jakiś duchowy i uwznioślony, o miłości siebie, bliźniego, każdego kwiatuszka a nawet kupy, a tu takie smędo marudy...
No ale taką ta moja duchowość ma dziś mordę.
I już! :p


sobota, 21 grudnia 2013

Białe Kwiaty

Dziś nogi zaprowadziły mnie do ashramu Siva Sakhti.
Drugi dzień w Tiruvannamalai.
Sen wciąż nierówny, pomieszanie dnia z nocą,
Spanie po kilka godzin, to tu, to tam...
Jest inaczej.
Kiedyś ciągłe trąbienia, nawoływania, były nieznośne.
Teraz działają na mnie jak kołysanka,
Czuję się bezpiecznie, w domu.
Mama nuci mi znaną piosenkę.
Zasypiam.

Tak więc dziś nogi zaprowadziły mnie do Siva Sakhti.
Wychodząc z ashramu Ramana Maharsi kupiłam największy biały nienufar jaki znalazłam w bukiecie stojącym w czerwonym plastikowym wiadrze.
Było dużo kolorowych kwiatów, ale ja wiedziałam, że ma być ten - biały.
W ashramie Siva Sakhti czekało serce ułożone z białych róż i nenufarów.
Siedzę, ludzie się schodzą.
Kłębią się myśli, niesutający nadajnik, skakanie z kanału na kanał.

Wchodzi Ona, jak zwykle tak cichutko i niezauważalnie, że dopiero jak była w połowie sali zauważam, że już jest.
Kanał nadaje jak szalony, lecz gdy Siva Sakhti patrzy na mnie, kanał nagle się zatrzymuje i czuję że znów zalewa mnie znane uczucie czegoś tak totalnego, że zaczynam płakać.
Oczywiście próbuję to zatrzymać, bo "co to wogóle jest, coś nie tak i pewnie wyglądam jak jedna z tych nawiedzonych Rosjanek jakich tu pełno, a ja nie chcę tak wyglądać, bo ich i takiego zachowania nie lubię i już!", no ale się nie da, się już zatrzymać nie da.
Gdy Shiva Shakti odchodzi, kanał znów nadaje.
Patrzy jeszcze tak na mnie kilka razy.
Za każdym razem to samo, muszę chwilami zamykać oczy bo to dla mnie za dużo. "Nie chcę się tak całkowicie rozwalić! Teraz? Jak to tak, przecież dopiero przyjechałam, do tego w koło pełno ludzi. Nie przystoi tak przy ludziach." Haha!

Czuję wyraźnie otwieranie czakry serca. Jakkolwiek to brzmi...
No może to nie czakra serca, może wcale nie mamy jakiś tam czakr. Może to coś z moją koszulką, która ma zapięcie pod szyją, a potem poniżej piersi, przez co daje okienko dla serca, żeby mogło wychynąć na zewnątrz i pokazać swojego pulsującego miłością dzioba.
A to, że akurat przy Sivie Sakhti? No cóż, najwyraźniej mam na nią coś, co z braku innych określeń i przez ograniczonośc słów, mogę chyba tylko nazwać projekcją bezwarunkowej miłości.

Czy to możliwe, źe mam projekcję Miłości na Sivę Sakhti???

Siva Sakhti nie składa rąk na koniec w pokłonie.
Ona je zbliża do siebie, ale nie za bardzo, tak że się ze sobą nie stykają i tworzy się owalna przestrzeń między nimi.

To prawda. Niczego mi tutaj nie brakuje. Ani jednego ziarenka ryżu, dachu nad głową, słońca, ciepłej ziemi.
Znam każdą uliczkę.
Nie ma tego dużo, a jakoś wogóle się nie nudzi.
Mój czas w Tiruvannamalai jeszcze się nie skończył.









hinduska Ragda

Szczenię

Czuję się jak małe ufne szczenię,
Biegam na giętkich nóżkach, przewracam się, potykam, wpadam na różne przedmioty.
Jak napotkam obiekt żywy, nieważne czy to człowiek, zwierzę, owad albo poruszający się liść na wietrze,
Dostaję napadu radości.
Co za znalezisko, witaj Przybyszu! :)
Macham ogonkiem a wraz z nim macha mi się cała pupa, że aż chwilami tracę równowagę,
Macha mi się też głowa, a morda i oczy wyrażają majczystszą radość, zachwyt, ufność.
"Baw się ze mną, baw, goń mnie a ja będę gonić ciebie, tyrknę cię nosem, delikatnie złapię zębami twoje ucho, pociamkam, wymemlam, wyturlam się z tobą, tak, tak, tak...! Jesteś taki fajny, żywy, mięciutki, kochany, uwielbiam się z tobą bawić! :D"


Oderwaliśmy się od ziemi.
Wielkie metalowe ptaszysko leci do Dubaju. Tam ląduje w swoim gnieździe, a kolejny ptak już gotuje się do wylotu - kierunek Chennai.
Przez samolotowe okno wdziera się bezczelnie słońce, jestem bliżej niego niż zwykle, grzeje mi się prawe ucho.
Lecę na Wschód.
Zostawiam tyle rzeczy, wspomnień, historii, neuronowych połączeń w mózgu, które tuż przed wylotem ponownie się uaktywniają. Jak dogorywające ognisko. Wydaje się, że już całe drewno wypalone, tymczasem z czarnego kawałka nagle znów bucha płomień, żarzy się żar. Jeszcze raz się rozpala, żeby w końcu, na dobre, zamienić się w popiół. Urzyźnić ziemię dla ziarna, kiełka, nowego drzewa nieśmiało wyłanijącego się z czarnej gleby.

Szczenię.
Na białej kartce od nowa buduję swój dom.
Każda kreska kładziona świadomie. Tak bardzo, że aż ciary po grzbiecie przechodzą. Jak łysemy kotu, widocznie marszczy mi się skóra na grzbieie z rozkoszy, grrrrrrryyyyyy, mrrruuuuu...
Dzieje się oddech, bo żyję.
Właśnie teraz, co za odlot!
Samolot leci sam,
samotny aksolotl,
Arabski znak na skrzydle,
jak tajemne zaklęcie:
Masz Błogosławieństwo,
nie zabraknie ci nawet kropli nektaru, ziarenka ryżu, dotyku, bliskości, opieki.
Pełne zaufanie, żywe błyszczące oczy, czujność, słyszące uszy, czujące ciało.
Każda cząstka zaakceptowana, przyjęta, zobaczona.

Pokój w ashramie już czeka, na samą myśl o nim, wilgotnieją oczy.
Małpy, pawie, psy...
Ciepła ziemia.
Lodowata woda.
Śpiewy.

Mam mocne przekonanie że dzieje mi się tylko dobre.
Nie ma pomyłek, jest jak ma być, zajebiście bosko.
Wypiłam czerwone wino w samolocie, a to przyprawia mnie o ekstazę, za którą się w duchu karzę, ale... FUCK KARĘ!

Hehehe, ale fajnie, że lecę do Indii, lęk minął, lecę, lecę, jejejeje! :D





niedziela, 8 grudnia 2013

Zakochiwanie się


Myślę o procesie zakochiwania się.
Jestem na siebie o to zła bo o procesach "nie powinno się" myśleć, ale "powinno się" je czuć!
Bad, bad, bad Maga!
Będzie kara i zła ocena.

Ocean
Obmywa,
Zmywa,
Oczyszcza,
Przeczyszcza.
Od środka i od zewnątrz.

Nawet nie wiem kiedy, dzieje się znów, jakby moje zasoby do kochania nigdy się nie kończyły - bach, zakochanie się, łubudu!
Dreszcz przyjemności gdy tak się rozumiemy, czujemy, chcemy
Się
A zaraz za przyjemnością
Lęk
Potężny: co jak się nie uda, jak stracę, jak się rozczaruję?
Więc wcześniej sama podcinam skrzydła różowemu pisklęciu.
"Nie polecisz, nie urośniesz, zapobiegnę cierpieniu.
Bo cierpienia nie przeżyję, znów... I już!"

Wybiorę nudziarza, nieudacznika, gorszego, słabszego, biedaczka, robaczka...
To i żal nie będzie jak nie wyjdzie.
A wyjść przecież nie może, jak miłości nie ma.

Chyba nienawidzę siebie za to, że tyle razy raniłam, robiłam rzeczy podłe, złe, okrutne...
Pozwalam sobie na tą nienawiść, bo jak będę jej zaprzeczać to porzygam się własną żółcią...
Będę płakać długo i obficie aż się ocean zrobi i oczyści, przeczyści...
Wyśni co trzeba w dymie szałwi i z miłującymi oczami świętych patrzącymi dobrotliwie ze ścian,
na mnie.
Myślę sobie, że nie zasługuję,
Ale myśl czarną chmurą jest
I już jej nie ma.
Pa!

Parvati

Nie mam pojęcia o co w tym wszystkim chodzi.
Dlaczego tak a nie inaczej, tu a nie gdzie indziej.
Jak mnie to wkurrrrwia, że tak bardzo nie wiem!!!

Czasem boję się wyjść na ulicę gdy świeci słońce, bo zakochuję się w starej ścianie przedwojennej kamienicy i patrzę na nią z rozdziawioną gębą, a mróz jest i przecież mogę się przeziębić.
Nie mówiąc już o oknach, balkonach, kwiatach, psach, dzieciach...
Idę i zaczynam nagle płakać ze wzruszenia, bo jest mi tak dobrze, że całe ciało przeszywają fale energii i zaczynam się głośno śmiać.
Oczy robią się jakieś takie duże.
Nie starcza patrzenia na objęcie tej cudowności. Gumowa podeszwa kalosza dotykająca stopy owniniętej grubą skarpetą, a do tego czucie chodnika, jest tak totalnie ekscytujące, że zaczynam się zastanawiać, czy istnieją jakieś ograniczenia w wyzwalaniu orgazmu.
Wyzwalanie,
Ograniczenie,
Orgazm.
Co za słowa! :D

Wogóle nie będę się o nic starała.
Coś się stara za mnie, dla mnie.
Coś sprawuje pieczę.
Coś wie.
A ja nie wiem.
To w sumie też jest niepra
wda,
bo nie ma
dwa.

Hahaha!

Robin i Marion - moje nastoletnie wyobrażenie miłości doskonałej :)

piątek, 29 listopada 2013

Kobieta na wolności

Kobieta na wolności nie lubi kiedy się z niej szydzi,
Kiedy się ją kopie, ciągnie za włosy,
Robi się z niej publiczne pośmiewisko.
Kobieta na wolności nie lubi stada owiec
Meczących chórem, ulegających mistrzom, kłaniającym sie im, niczego nie kwestionujących...

Kobieta na wolności robi swoje.
To na co ma ochotę, co ją pociąga, kręci, rajcuje.
Kobieta na wolności lubi wyzwania.
Bada, sprawdza, słucha ciała.
Kobieta na wolności jest mocno nieprzewidywalna.
Pociągająca.
Atrakcyjna.
Dzika.
Intrygująca.
Twórcza.
Seksualna.

Kobieta na wolności nikogo ani niczego nie potrzebuje,
A jednocześnie uwielbia się bawić, być z ludźmi, słuchać ich.


Latawica.
Ladacznica.
Czarownica.
Wiedźma.


Kobieta na wolności natrafiła na swój cień.
Kobieta pełna gniewu, mistrzyni o świdrujących oczach.
Długich wijących się włosach.
Pooranej twarzy, sino białej od cierpienia, zaciskania, zduszania,
braku miłości.
Kto kiedyś tak bardzo cię skrzywdził?
Co to było?
Kto nie dał ci prawa do bycia sobą?
Swoją prawdziwą nieokiełznaną naturą?
Musiałaś nauczyć się systemu, który pozwolił ci przetrwać, uchronił przed rozpadnięciem się.
Masz o co się oprzeć, masz czym odgrodzić się od świata.
Robią o tobie filmy, podziwiają, podążają, naśladują.


Omijałam z lęku swój cień szerokim łukiem, aż w końcu dorwał mnie ostatniej nocy, gdy zwijałam sie z bólu.
Gorączka, niestrawność, majaki.
I sen: Kobieta o skamieniałej twarzy od gniewu chwyta moją głowę i namiętnie całuje w usta.
Widzę w tobie piękno dawno spychane, niechciane, zaniedbane.
Nasze oczy spotykają się, łączą w jedno, płynie miłość, płaczemy, nawadniamy suchą glebę, skóra rumienieje, jędrnieje, oddycha, żyje.

Nie jestem tobą, teraz mogę pozwolić ci odejść. Już nie musimy tańczyć w nieskończoność tego tanga razem.
A ty nie musisz już kopać, pouczać, wyśmiewać, szukać władzy w krajach gdzie syndrom ofiary jest tak silny, że aż nieuświadomiony, w kółko, na nowo, odgrywany.
Nie musisz mścić się na narodzie, w którym przelało się tak dużo krwi twojej rodziny.
Ten naród nie jest niczego winny.
On też płacze.
Razem z tobą.

Jesteśmy razem, a jednak niezależni.
Puśćmy ten uścisk.
Pozwólmy sobie na życie.
Jogę.

Bo czyż nie tym jest Joga?
Czarnoskórą Kobietą
Żydówką,
Dzieckiem,
Starcem...

Wszyscy, absolutnie wszyscy jesteśmy wolni.
Asana jest symbolem tej wolności.
Asana będąca prostym krokiem,
Oddechem,
Skrętem,
Dotykaniem maty skórą dłoni.
Każdy może to robić i każdy to robi, na swój sposób.

Może czasami tylko tego nie zauważamy? ;)

sobota, 23 listopada 2013

Narodziny

Suka szuka

Czarnej mokrej nory

Gnijące liście
Zapach żyznej ziemi
Płomień ogniska


Zanurzyć się w nienawiści do siebie tak mocno, tak totalnie
Że aż przkroczyć ból.
Nie być w stanie go unieść,
Niebyć.
Rozluźnić wszystkie mięśnie,
Roztopić
się.

Nikną podziały,
Ogrodzenia,
Uprzedzenia.


Rozwija się róża,
Z ziemi, która jest czarna jak śmierć.




















Kiedy jestem zakochana,
Czuję takie wibracje w ciele,
Że chce mi się rzygać.
Troszeczkę.
Ani przyjemnie ani nieprzyjemnie.
Ani anioł ani diabeł.
Kuba Rozpruwacz
Kuku na muniu
Karolina.
Kubeł (zimnej wody na łeb w Indiach)
Korbel.

Jak mam na imię?
Bo na pewno nie Korbel.
Co to wogóle za absurdalna zbitka liter?
Nie zgadzam się na nią.
Nie zgadzam się tak bardzo,
Że aż przekraczam niezgodę.
Rzygam sobą.
Przekraczam rzyganie.


Przerysowany rysunek.
Za dużo kresek.
Zamazana kartka.
Zaczerniony brystol węglem.
Przemęczenie.


Boskość tańczy kankana.
Ściąga majtki, zakłada je sobie na głowę.
Rozczesowuje krzaczaste brwi grzebieniem z Laponii.
Dokleja sztuczne rzęsy na nasadach paznokci stóp.
Maluje monety na sutkach.
Słońce na pępku.
Zaplata warkocze z włosów łonowych,
Wiąże je różowymi wstążkami.
Kręci pupą,
Macha pejczem.
Śpiewa,
Turla się z górki,
Na pazurki,
Gdy ma na to ochotę,
Tylko wtedy.
Bo jak czegoś nie lubi to tego nie robi,
I już!
:p

Dwa białe konie i Ciemność

Wieczór

Pokój pełen dymu szałwi, termofor na brzuchu.

Koniec utknięcia w bolesnym miejscu.
Przeprowadzam się.
Wyprowadzam.
Odblokowuję.
Odbudowuję.

Odrodziny.

Sklejam ponownie swoje ciało czarną jesienną ziemią odgrzebywaną spod opadłych liści.
Mój mały pokój gdzie mieści się tylko duże wygodne łóżko, wypełnia to co dobre: matczyna kołysanka, zapach kadzidła, oczy świętego.

Dwa białe konie, których grzywy pachną białowieskim Miejscem Mocy.

Anioł przytulił się do poduszki, przykrył zwinięte w kłębek ciało dużym skrzydłem.
Chrapie.
Nie wiedziałam, że anioły chrapią.


Miałam sen, że byłam u Ani J.
Leżąc na ziemi patrzyłyśmy na księżyc, który prześlizgiwał się po niebie pomiędzy gołymi gałęziami drzew.
Wykrzykiwałyśmy jedna przez drugą:
- Jaki ten księżyc piękny!
- Tak, niesamowity, patrz, patrz, patrz teraz!
- Wow, co z cudo!


Tydzień temu jechałam tramwajem do hotelu Intercontinental poprowadzić jogę.
Wcześniej szybki spacer z psem, wizyta na targu, kawa, zbieganie po schodach do tramwaju.
Wsiadam, zajmuję miejsce przy oknie, wklejam się w szybę.
Już są plany: sesja jogi, obiad, wyjazd do koleżanki na weekend...
I dlaczego w tym ciasno zaplanowanym dniu przydarzył mi się tak zniewalający lęk???
Dlaczego akurat wtedy, a nie w czasie sesji medytacji "kiedy to takie rzeczy powinny się przytrafiać", nie podczas rozmowy z nauczycielem, albo przynajmniej praktykującą przyjaciółką???
Nie, to się musiało stać w "totalnie nieodpowiednim miejscu", w biegu, zupełnie "bez sensu"!
Uczucie graniczące z szaleństwem, jakby cienka błona chroniącą mnie przed rozpadnięciem się, miała ochotę pęknąć.
Chociaż to w sumie nawet nie to.
Racjonalizowanie: "aha, to na pewno lęk przed śmiercią" nic nie dało, bo ciało natychmiast dało znać, że to nie o śmierć chodzi.
Bo to wogóle było spoza sfery słów, świata odbijanego w soczewce oka.
Znów ta cholerna "czerń głębsza od najczarniejszej czerni."
Panika, która się pojawiła miała w sobie coś bardzo uwodzącego, szeptała:
"Chodź Magusiu, chodź, niczego Ci nie obiecuję, ale Ty przecież sama dobrze wiesz, że to Twój Dom, że za nim tęsknisz tak mocno, że serce pęka na sam jego przybłysk. A Ty już masz odwagę, przeszłaś tyle prób. Jesteś silna."
Rzeka łez jak rajski Ganges stawia tamę.
Tradycyjnie.
Uciekam w planowanie, wysiadam z tramwaju, idę ulicą, wsiadam do windy...
Jakie to łatwe, decyzja: jeszcze nie teraz.
"Poczekam do Indii, jeszcze trochę pogram w teatrze, będę robiła rzeczy, które są do zrobienia, ale proszę Cię, Kimkolwiek Jesteś, nie rób mi więcej takich numerów, gdy jadę tramwajem i "mam tyle rzeczy do zrobienia"! Co to wogóle ma znaczyć???
W Indiach (taki mam plan!), dam sobie nieograniczoną rzekę czasu i tam niech się ze mną dzieje co chce. Mało tego-tam MA się stać COŚ, w końcu, coś znaczącego, na co ukradkiem, cichaczem, nieustannie czekam",
hahahahaha, Maga kochana! ♥


Tylko czy "ja" mam tak naprawdę coś do gadania???


Bóg mówi
przeze mnie,
przeze mnie,
przeze mnie...


Jest coś pod powierzchnią skóry co mnie tak mocno wzrusza.
Rozbraja, roztapia skorupy.
Coś co jest Ufnością.
Coś co Wie, że o cokolwiek poproszę, to to się zdarza.
Dar.
Darowizna.
Dawanie.
Serce.

Mam ochotę płakać całą noc, zamienić materac w miękką ciepłą wodę oceanu, być delfinem.

Pełnia Wolności.

Serce niezmordowanie, bije, czerwone jak ogień - Aruna

Arunachala w nocy

piątek, 15 listopada 2013

Kochanie Dziecka w sobie, które niezmordowanie tańczy


Ufność, chęć zabawy.


Zdrada


Jak to jest, że jednak pcham się w te łapska, ponownie i ponownie, czuję, że się źle skończy, a jednak znów idę w paszczę tego, który nie umie mnie szanować, nie widzi, nie słyszy, nie czuje, gdyż zanurzony jest po uszy w swoim cierpieniu... Tej która udaje opiekę, sprzedaje dobre życzenia, a tak naprawdę wogóle ją nie interesuję, za to zazdrości, chce tego co ja. Depcze.
Dlaczego wciąż na nowo, u nich właśnie szukam miłości, akceptacji, potwierdzenia, że moje życie ma prawo Być???
U kogoś kto, bardziej niż pewne, tego mi dać nie może, bo sam wierzy w swą niedoskonałość, cierpi w naprawianiu siebie i świata, w kółko i w kółko...

Tańczę przez łzy. Przez zaciśnięte usta, drżące wargi.
"Nie pozwalam, nie chcę, nie poddam się!
Odwal się, spierdalaj, nie dotykaj!
Płaczę, płaczę, płaczę, wyję...
Nic się nie dało zrobić...
Jakie to straszne, nie, nie, nie, nie wierzę, to niemożliwe...
Jak można się tak zachować?
To naprawdę się stało???
Jak to????"

Będę tańczyć dalej, będę wyć, płakać, oddychać, trząść się...
Tak jak mam na to ochotę. Mam w dupie jak mnie widzą inni, nikogo nie ma, nikt nie patrzy.
"Co to jest, co ja wyprawiam, co to za metoda, do czego prowadzi?"
Nie obchodzi mnie to, będę się tarzać po ziemi, siedzieć na poduszce, puszczać bąki, dotykać swoich piersi i sutek. Smutek. Złość. Radość. Kość.
Przegryzę kością ciasteczko, a potem wsadzę ją sobie w pupę. Bo to jest bardzo przyjemne, a ja lubię przyjemności, potem zauważę swój ciąg myślowy i się z niego zaśmieję w głos.
Włos.
Mieszkam w mieście ciemności. Szarości wślizgującej się pod powieki i powodującej pieczenie, niekończącą się senność.
Czarna kawa o poranku wpływająca w moje ciało jak wąż Kundalini. Powodująca wibracje rozkoszy.
Mija. Miło. Mój ty kochany króliczku, robaczku, kiziumiziu, mechaty ukochany lov er. Rower.
Robert, Artur, Piotr, karaluch, katolik, kibol...
Słowa łańcuchy, racuchy, bełkot...


Otrząsam się z odpływki.
Wracam do tańca.
Wolno mi, wolno, kurwa jak bardzo wolno!!!

Wara ode mnie mamusie, tatusie, dobre ciocie, wujkowie, kochające siostrzyczki!
Nie podchodźcie bo zagryzę, wrrrr!!!!!!
To mój taniec, moje życie, moja ekspresja!
Dam sobie radę sama, a jak zechce mi się z kimś pod rękę potańczyć to sobie sama wybiorę odpowiedniego tancerza, albo on sobie mnie weźmie, bo się mnie wogóle nie będzie bał. Pokaże swoje kły, miękką złotą grzywę, silne ciało, odtańczy zachwycający taniec godowy, powali mnie na łopatki, aż oniemieję z zachwytu i rozwinę się jak dzika róża.

Ufam ciału, Sobie, Bogini Fiziumiziu, bo ona jest najzajebistrza na świecie, hahaha!

Jak ja się kocham bawić, wytarzać się brzuchem po podłodze. Zrobię kilka fikołków, a potem położę się na kanapie w dziwacznej pozycji nie namalowanej przez żadnego malarza, bo jeszcze taki szaleniec się nie narodził. Pozwolę ślinie spływać po kocu.
A potem przebiorę się za grzeczną uczennicę, bo konwenanse mnie bawią i lubię teatr.

Pojawił się spokój.
Ciepły pokój.
Biały kruk.
Kukułka
Łka

A ja nie nadążam za
Sobą


Hahahhahahahaha!



poniedziałek, 4 listopada 2013

Utulanie lęku

Świadoma rozdygotania, przerażenia, mobilizacji każdego kawałeczka ciała do walki o miejsce, byt, przetrwanie.
To nie Ja jestem tą sierotą bez wsparcia, przerażoną małą istotą wskrzeszającą, nie wiadomo skąd, pokłady siły do walki i ucieczki, jak zaszczute zwierzę.
Patrzę na tą nieszczęśliwą istotę, na jej dzielność, na jej bijące serce silnie i szybko, zimne dłonie, rozszerzone oczy z przerażenia i w pełnej czujności.
Jestem z Tobą moje Kochanie. Widzę Twoje drżące z przerażenia serce. Widzę Twoją samotność.
W mojej przestrzeni żyjesz.
Ta przestrzeń w pełni Cię przyjmuje.
Utula.
Nie stanie Ci się nic złego.

Jestem nierozdzielna od Niej.
Jestem jak kolorowy patchwork.
Żyjąca Jedność.

Jak mogę nienawidzieć własnego palca?
Czy oko jest czemuś winne, że odbija taki a nie inny zestaw barw i ruchu?
Czy powinnam karać ucho za to, że konkretny zestaw dźwięków wywołuje we mnie aktywność umysłu rozpoznawalną jako "nieprzyjemna", a więc godna reakcji walki/ucieczki?

Rozluźniam się w lęku przed lękiem przed lękiem przed lękiem...
Przed.
Poza.
Przekraczam.

Robię krok, którego nie ma.

Znów brakuje słów.

Bo niczego co Jest nie da się nimi wyrazić.
Nawet TO zdanie nie ma najmniejszego sensu.
Możemy się tak gimnastykować do końca świata i nic, absolutnie nic z tego nie wynika.
Nie ma odpowiedzi, bo pytania nie ma.

Najzabawniejsza rzecz świata.
Najlepszy dowcip Boga

Kocham Cię malutka Istotko ♡


niedziela, 3 listopada 2013

Opatrywanie rannego Zwierzęcia


Las o zmroku,
słyszę ciche skomlenie...

Skulona kupka nieszczęścia, mokre zakrwawione futro, ciepły nos, smutne, przerażone oczy.

Ostrożnie wyciągam drżące ciało z uścisku wnyków.
Kładę bezbronne stworzenie na miękkich kocach.
Zanoszę do mojej ciepłej jaskini otoczonej starymi drzewami.
Zapalam ognisko.
Nastawiam kociołek z wodą i mieszanką ziół, odmierzam je dokładnie złotą łyżeczką.
Przemywam rany uzdrawiającą miksturą nucąc pieśń Praprababki znad dalekiego ciemnego morza.
Zawiązuję przemyte rany miękkim białam bandażem.
Przykrywam Zwierzę kocami.
Siadam blisko, biorę bęben mojego Prapradziadka z czarnego lasu dalekiej północy.
Uderzam w niego powoli, wydobywają się głębokie aksamitne dźwięki.

Bum

Bum

Bum

Strzelają suche gałęzie w ogniu.

Srebrny księżyc prześlizguje się między drzewami.

Pełnia jesieni.

Łzy płyną ciepłym strumieniem po policzkach.

Cierpiałeś.
Widzę Cię.
Czuję bicie Twojego zalęknionego serca.
Masuję Twoje łapy.
Jestem świadkiem Twojego życia, które teraz tli się słabym płomieniem.

Zwinięte w kłębek Zwierzę.
Będę z Tobą tak długo jak będziesz tego potrzebował.
Mam niekończącą się rzekę czasu.
Moja jaskinia jest Twoim Domem.
Rozluźnij się.
Poddaj.
Podam Ci strawę gdy będziesz gotów.
Teraz śpij.
Jaskinię otulam gęstym dymem uzdrawiającej szałwii.
Siedzę na straży, przy wejściu, w świetle ognia i księżyca.
Jestem duża, owinięta ciepłymi ubraniami.
Mam broń.
Zdrowie.
Siłę.
Długie pachnące włosy spływają mi do ziemi, przeplatają się z trawą, liśćmi, odżywiają się ziemią, ziemia żywi się mną.

Deszcz i łzy łączą się w jeden strumień.
Jestem
Jaskinia, Ja, Zwierzę.

Cud tego świata, pór roku, bezczasowego czasu, nieruchomego ruchu gwiazd na niebie.
Noc podczas której rodzimy, umieramy, kochamy się.

Płaczę z Miłości
Kładę się blisko Zwierzęcia.
Śpimy,
Śnimy,
Wybijamy rytm oddechem i biciem serca.

Bęben życia



piątek, 1 listopada 2013

Rana miasta

Mieszkam w przestrzeni gdzie miasto krwawi.
Tutaj nie ma już siły na mundurki, porządne kamienice, kolorowe sklepy, trendy kawiarnie.
Tu jest gołe mięso cierpienia.
Obnażone.
Bezwstydne.
Wyjące w nocy z bólu.
"Edek wbił sobie nóż prosto w serce, na śmietniku go znaleźli" powiedział koleżka koleżce w tramwaju nr 7.
Wieczorami, w tym samym bezprzedziałowym tramwaju przesiadują żule, wokół których robi się pusto-powietrze zajęte przez smród.

Dwóch pijaków warczy na siebie stykając się głowami, utrzymując w ten sposób równowagę.
Stoją pod potężną bazyliką. Pewnie nie daliby rady wdrapać się po jej licznych schodach, do domu Boga.
Czy oni są mniej święci od zgrzebnie ubranej pani, schodzącej właśnie po schodach, po modlitwie, skropieniu się święconą wodą?
Które z nich pójdzie do nieba?
Które do piekła?
A może czyściec?

Lubię te religijne opowieści.
Lubię anioły, diabły, święte duchy, sklepy z dewocjonaliami. Przyciągają mnie migocącymi światełkami, kolorami prawie jak w Indiach.

Kto z nas cierpiał wystarczająco długo aby zmyć niezliczone grzechy nazbierane w ciągu jednego żywota?
Pokuta, kara, żałowanie...

Jak trudno mi uwierzyć, że żyłam tylko raz.
Coś we mnie pamięta dziwne rzeczy, niesamowite historie, jak z filmu. Ale może po prostu widziałam je gdzieś, przeczytałam, ktoś mi opowiedział?
Nie wiem, nie chce mi się zastanawiać.

Potężne zmęczenie, głowa nie unosi dziś kłębiących się myśli.
Marzy o odpoczynku. Myśl: w Indiach sobie odpocznę, tam będę dużo siedziała, tam zrzucę z siebie ten bagaż. Tutaj muszę przetrwać, mam to i to do zrobienia i jeszcze tamto... Jezuuuu!!!!

Dziś wstrząsnęła mną świadomość jak ogromną górę rzeczy uzbierałam w ciągu swojego życia. To nie tylko pękające w szwach szafy z ubraniami, pudła z pamiętnikami, grafikami, piwnica pełna obrazów, lampek świątecznych, książek, płyt, filmów. Książek o duchowości, książek wielkich pisarzy, podręczników dla nauczycieli plastyki i książek dla joginów.
Poza tym mam kilka podeł z płytami cd pełnych zdjęć, a także albumów, sprzed ery aparatów cyfrowych...
Jest mi smutno gdy to widzę, gdy sobie to uświadamiam.
Po co ja to zbieram? Dla kogo trzymam?
Czy nie jest to formą wołania o miłość, próbą określenia się jakoś, zdefiniowania, żeby zdusić jakoś tą samotność i lęk, że przecież umrę i fakt że coś po mnie zostanie, nie będzie miał żadnego znaczenia.
Nawet teraz nie wiem czy jakieś ma...

Kim ja jestem? Kobietą? Chyba tak, mam piersi, kobiece ciało. Ale ono ciągle się zmienia, i to też mnie przeraża. Co chwila sprawdzam się w lustrze, ok, jest twarz, całkiem niezła. Ona się starzeje, ale na tyle powoli, że jestem w stanie przełknąć ten proces, chociaż i tak czasem boli... A jakby tak czas nagle przyspieszył? Chyba bym się pochlastała z rozpaczy!
No ale tak się nie da. Czas nie przyspiesza, jest jaki jest. Nie da też się cofnąć w czasie ani pójść do przyszłości.
Cholera, czuję się jak w pułapce gdy to piszę....
Czy ja przypadkiem nie powinnam robić teraz "czegoś bardzo ważnego"?
Co jeśli nie zdążę "tego zrobić"???
I co to do cholery ma być?
Czy fakt, że leżę teraz w łóżku i piszę, nie powinien mnie jakoś niepokoić?
Może marnuję czas dany mi przez Boga?
Może powinnam siedzieć na poduszce i medytować???
To na pewno byłoby "właściwe", tym bardziej że dziś nie "zrobiłam medytacji".

Byłam za to potwornie zmęczona. Nadal jestem, boli mnie w tyle głowy, pojawia się smutek. Zawsze tak jest jak zbliżają się Święta, przerwa w życiu. Niewygoda.

Bezplanie.

Coś odpuszcza w głowie, pojawia się miękkość.
Pewnie przedspanie...

Trochę się boję zasnąć, bo ostatniej nocy śniły mi się wielkie grube szczury, które nikogo się nie bały, nawet mojego dużego psa, i które brutalnie zagryzły małego krecika. Po tej masakrycznej scenie, do martwego krecika podbiegł jego kreci przyjaciel i zaczął lamentować jak człowiek, z bólu. Uderzał głową i rękami w podłogę, wył, tak przejmująco płakał...
Obudziłam się przerażona...
Nie chcę snów o szczurach i krecikach!


Dobranoc Magusiu, bardzo Cię kocham

piątek, 25 października 2013

25 października, taki sobie jeden dzień z życia...

"Cokolwiek mówimy, mówimy to o sobie"
Oświadczył dziś R,
a potem znów zapętlił się w swoje obsesyjnie dywagacje na temat światowego spisku przeciwko prywatności jednostki,
łojezuuuu....

Jestem wykończona, potężna praca z V,
Wywalenie flaków, skontaktowanie się ze swoją przeogromną Pełnią,
Jasną jak słońce, dziką, potężną i spokojną jak lew,
Męską energią, wspierającą, silną, niezależną, wolną,
A przy tym kochającą, rodzinną, bliską, ciepłą.
Mrrrruuuuu....

Indie, jak ja kocham tą skrzącą się Boginię,
Zmieniającą swoje twarze, pojazdy, kochanków i ofiary
Jak złote rękawiczki.
Z wywalonym jęzorem, czarną Joni,
Pachnącą kwiatami, gorącą rozżarzonym letnim słońcem, ciemną jaskinią, po której kamiennych ścianach spływa lepka woda.
Nektar Shivy, czarny gładki Lingam, obmywany mlekiem przy transowych śpiewach młodych mnichów.


Dziś wszystko mi się psuło, spalił się przedłużacz, zgasło światło, padł komputer, telefon nie działał.
Bogowie domagali się ognia, więc Maga im go dała.
Żarłoczny płomień pożarł niepotrzebne połączenia.
Dym z szałwi obmył moje gniazdo, zatrzymał się w sypialni, przytulił do poduszki...

Co dziś się przyśni?

Zapadam się w miękki materac, słucham uzdrawiających mantr...
Otula mnie Biały Koń, Czarny Pies, Starzec, Zielona Kobieta/Roślina, Archaniołowie.

Był powód dla którego urodziłam się w tej rodzinie, spotykałam takich mężczyzn. Taka piękna lekcja, taka wielka siła przyszła do mojej Duszy, która dobrze wiedziała gdzie przyjść, o jakiej porze, do jakich ludzi, w jakie miejsce.
Ufam.
Poddaję się.
Samoleczę.

Kocham




poniedziałek, 21 października 2013

G alop

Ostatnimi tygodniami byłam zajęta życiem.
Teraz czas na integrację. Przeładowana informacjami. Ciało dało z siebie wszystko - od ekstazy po rozpacz bez dna, popadnięcie w letarg. Od dzikiego tańca, po niewzruszone jak góra siedzenie.

Królowa życia.
Sen, w którym uciekam z królestwa, od wygód przewidywalnego życia wg zasad i regół panujących w mocarstwie.
Uciekam od rodziny, która mimo, że daje pożywienie, dach nad głową, względny spokój, ogrody o zdrowych owocujących roślinach, nie pozwala na rozwój. Tłamsi, przycina, depcze, opluwa. Boi się jak diabeł święconej wody. Co innego może zrobić? Kto by się nie bał tego co za bramą, gdy w tym co znajome jest przewidywalna wygoda, unikanie konfliktów, ład...?

A ja, żyjąca kobieta, za nic w świecie nie mogłam wysiedzieć w swojej cieplutkiej celi. Nie wykonałam przydzielonego mi przez króla zadania, nie wyszłam za mąż za miłego królewicza, chociaż "dobrze życząca siostra", przestrzegała przed konsekwencjami "tak nierozsądnych decyzji".

Coś we mnie wiedziało, że znajdę dzikiego konia, że potrafię galopować na oklep trzymając się grzywy, szepcząc do ciepłego końskiego ucha zaklęcia "niewiadomoskądznane", potężne, życiodajne, dobre.

Taka jest we mnie teraz decyzja: ufam ciału.

Ono często czuje niewygodę. Ja jednak mu nie ufałam, byłam wierna głowie, słuchałam jej podpowiedzi, trwając w miejscach/relacjach trudnych i bolesnych... Bo przecież: "cierpienie uszlachetnia, więc morda w kubeł suko i marsz w szeregu, pochyl głowę, zamknij dziób, nie śmiej się, nie śpiewaj, nie zadowalaj swych dzikich pierwotnych rządz, bo one, kurwa są złe, złe, złe!!!! Ja to wiem i już, bo ja tu rządzę, takie są zasady, więc rób jak każę!!!"

Jakże mały, cichy i zabawny wydaje mi się teraz ten głosik.

Idę za miękkością ciała, za pełnym oddechem, za bijącym sercem, za kochaniem.

Mam w dupie co mówią głosy, głosiki, głosulce.
Wiem kiedy mi dobrze, i za tym co dobre, z radością, podążam.
Słucham dzikiego konia, dbam o niego, karmię, rozczesowuję krzywę i ogon. I chociaż "nigdy nie nauczyłam się jeździć konno", potrafię galopować, wiem doskonale jakie wykonywać ruchy, kiedy się kłaniać, kiedy być twardą jak skała, kiedy mobilizować wszystkie mięśnie gdy znienacka zaczyna wierzgać, kiedy pozwolić sobie na głęboki sen, gdy łagodnie płyniemy stępa przez letnie łąki.

Galopuję.

"Jestem artystką". Co to znaczy, nie wiem. Ale czuję jakby żyła we mnie Bogini, najpiękniejsza na świecie istota, tak delikatna, że aż silna siłą nie do pobicia.

Skąd we mnie takie baśnie się snują?
Co to za kolorowy kłębek iskrzy się światłością hinduskiego święta?
Rozwija się,
rysuje zaklęcia,
uzdrawia,
plącze,
rozplątuje,
plecie.
Nie kończy się
nigdy
gdy
Ja
płaczę z rozkoszy
punkt G odnaleziony:
Serce bijące że aż str
ach!

poniedziałek, 7 października 2013

Doskonałość w naprawianiu Doskonałości

Mam wrażenie, że większość z nas żyje w przekonaniu, że jest coś nie tak, i że celem naszego życia jest poprawienie tego błędu, którym jesteśmy.

Już jak to piszę to moje kiszki wywracają się w bolesnym grymasie na lewą stronę.
Mdli mnie.
Boli.
Blednę.
Życie chowa się za najbliższym krzakiem, przestaje oddychać, udaje, że go nie ma.
Serce się zmraża.
Minka przestraszonego dziecka, mała przerażona twarzyczka, złamana młoda istotka...

Może wystarczy decyzja delikatna jak spadających jesienny liść, jak muśnięcie piórka o skórę policzka,
to tak totalnie proste:
Jestem Pełnią.
Moja brzydota, potknięcia, kombinowanie
w s z y s t k o
jest wyrazem perfekcji.

Życie to taniec.
Chwilami wstydliwy ruch lęku,
Innym razem gwałtowny marsz uniesienia,
Jeszcze innym leciutkie pląsy radości,
Albo bezruch smutku,
Trans rozpaczy,
w którym roztapiają się wszelkie granice
i uzdrawiają się rany.


Słowo
Gdzie się podziało
w niedziałaniu?
(w 
szuka
niu
też
jest
♥)




wtorek, 24 września 2013

Brama

Każde odczucie,
W swej nieograniczonej
Pełni
Jest
Bramą.


Poddać się wskazówce, którą Ten, którego najczęściej nazywamy Bogiem, niezmordowanie nam daje.
W każdej chwili 
Brama nieba stoi
Otworem.

Skąd jest w nas tak przeogromny lęk,
Który nie pozwala nam przez Nią przejść?

Wybieramy zamiast tego
Drzwi z tektury,
Lisie nory,
Pałacowe korytarze.

Skąd tak kurczowo trzymamy się rozróżnień?

KTO się boi?

Szamotanie się nic nie daje,
W końcu tracimy siłę, żywotność.
Siedzenie biernie w małych przyjemnościach
To popadanie w depresję.
Zatapianie się w mięciutkie cieplutkie bagienko,
które ma to do siebie, że nieuchronnie
stygnie
Robi się zimno i niemiło,
znowu.

Matrix

Odechciewa mi się grać w wymyśloną grę.

Zmęczona szamotaniem,
Zmulona przyjemnościami.


Iskra
Tli się
Zawsze.

Żadnych kompromisów.


Mindfulness Yoga

Sekwencja Jogi - Ceremonia
Hołd oddany Boskości Ciała.
Temu co nie ulega.
Zmianie.
Czasowi.
Myślom.

Kłanianie się:
Giętkością kręgosłupa,
Delikatnością kolan,
Szeptem płynącej krwi.

Rytm wybijany sercem,
Bum, bum, bum.
Kocham, kocham, kocham.
Jestem, jestem, jestem.
Tak, tak, tak.

Całkowite
Zawarcie
Uznanie
Przytulenie

Zatracenie się w poddaniu.
Zyskanie poprzez stratę.

C a ł k o w i t ą

Nie ma zmiłuj.

Zbyt
Miłuję
Byt

zdjęcie z Chapin Mill, 2008
...mocząc nogi w jeziorze, czując subtelne muśnięcia ciała rybek o skórę stóp...

niedziela, 22 września 2013

Wybór

Zdarzyła się:
Miękkość w ciele,
Otwarte Drzwi.

Wchodź i patrz
Zapraszam.
To twój, naprawdę TWÓJ wybór:
Możesz iść za głową:
Teoriami, ocenami, analizami...
Możesz też iść za emocją:
Gniewu, niewygody, lęku, rozkoszy...

A możesz też być Widzem bez imienia, formy, wyglądu.
Patrzeć jak nigdy nic się nie wydarzyło, nie wydarzy ani nie dzieje.
A równocześnie to wszystko jednak jest i masz prawo płakać, śmiać się, oceniać.
I mimo swej absurdalnej bezsensowności, jest pełne jasnego sensu.
Nie ma się z czego śmiać.
Pełna powaga z dziką nieposkromionością tuż pod powierzchnią skóry.

Drżenie rozkoszy gdy życie przebija się jak wulkan przez ciało.


Doświadczać cierpienia,
Bo czemu nie?

Skaczę na główkę jak pływak/szaleniec,
Do pustego basenu.
Wydawało mi się, że jest woda,
Więc z rozwianym rudym kołtunem na głowie i zezowaty spojrzeniem
Robię wielkie HOP, chuzia na juzia, jabadabaduuuuuUUUUU!

Łamię sobie kości, nabijam mega guza, wyję jak ranne zwerzę/chisteryk.
BUUUUU!
Dlaczego ja, za co, czemu, po co????
Fuck, fuck, fuck!


Co porusza tą kukłą w teatrze,
Ten skórzany worek z kośćmi, ścięgnami, krwią i różnymi takimi tam
Ukochanymi urządzonkami, śrubkami, młoteczkami, kółeczkami, kanalikami...

♥ Ciało niemoje kochane ♥

Bo
Że
Po
Mu
Ż
Mi
JUŻ
!
!
"Dziki", akwaforta, Maga Korbel

wtorek, 17 września 2013

Wierność

Wierność sobie to kontaktowanie się ze
Źródłem.
W każdej chwili
Bezczasu.
Być zieloną rośliną z bijącym sercem w
Centrum.

Czego mi potrzeba?
Co jest niewygodą gdy nie dostaję tego co chcę?
Co nie pozwala mi skontaktować sie z tym co "nieprzyjemne"?
Czym jest to niepozwalanie?
Zrelaksować się w "niepozwalaniu".
Wdech i wydech,
spokojnie leżące zwierzę o mokrym nosie i lśniącym futrze,
Miękki ciepły brzuch.

Mruuuu....

Twarde barki,
Ból w zaciśniętych szczękach,
Krótki oddech.

Miękkość odnaleziona w bólu.
Relaks w "niechcianości".

Paradoks,
Paralotnia,
Paranormalność,
Kość,
Kiść,
Kicia.


Jak dobrze, że zepsuł się tramwaj,
Że wysiedli z niego prawie wszyscy ludzie,
A pan maszynista zamknął drzwi i jest ciepło.
Stoimy na moście,
Z prawej i lewej strony przewala się ciężka rzeka pojazdów,
Pod mostem toczenie się szarej masy wody,
Z nieba mokre strumienie deszczu przecinają
Powietrze

Tramwaj i ja opieramy swoje metalowo mięsiste ciało
O tory.
Toczymy się jak gruba dżdżownica przez zmęczone miasto.
Przecinamy powietrze tworząc tunel w
Nierzeczywistości.

Jestem iskrą życia,
Kłębkiem atomów,
Orgazmem,
Ruchem,
Zmianą.

Dalej nie wiem o co w tym wszystkim chodzi.
Pozwalam się porwać szaleństwu głowy,
Zanurzam się w cierpieniu, bólu,
Po same uszy.

Poddaję się
Niezrozumieniu.
I wkurwu, który drepcze zaraz za nim
jak kurczowo uczepione spódnicy mamy
dziecko.
Under The Moon, Martine Johanna

Akwarium - grafika, Maga Korbel

poniedziałek, 9 września 2013

Kobieta w bólu i złości

Zaciskanie i tłumienie powoduje we mnie permanentne cierpienie,
Nie mogę oddychać, duszę się!
Zaciskam z całej siły pośladki i joni,
Zamknę się na seks albo będę się dużo pieprzyć niewiele czując, ukrywając się pod płaszczem "wyzwolonej seksualnie", oszukując samą siebie, że jest mi dobrze.
Robię to żeby stłumić ból, uspokoić, chociaż na chwilę, wyjące potrzeby.
Zaciskam całą twarz,
Widnieje na niej skamieniała złość,
Zamrożona rozpacz.
Mogę tak żyć, bo chodzę do najlepych lekarzy, ćwiczę jogę, chodzę na terapie, reiki, shiatsu... ale to daje tylko chwilową ulgę.
W moim zaciśniętym bolesnym ciele, znów coś pęka, psuje się, krwawi,
Znów potrzebuję naprawić, zaszyć, stłumić,
i tak w kółko...

"Co mogę zrobić, żeby Ci ulżyć?
Jak mogę Ci pomóc, najdroższy mój Skarbie, Kochanie?"

"Dotknij mnie, przytul, rozmasuj brzuch i całe obolałe ciało, nie wstydź się mnie, nie brzydź, nie bój się, zaśpiewaj pieśń, proszę..."

Robię to, mruczę, nucę, dotykam miękkiego ciepłego ciała, które pod moimi dłońmi ożywa, nabiera kolorów, pięknieje,
wypełnia się boską seksualnością...

Z miękkiego ciała rodzi się wycie, jęk, krzyk...
Powoli się rozwija, jak lament, głos Boga, pieśń niezliczonych kobiet: bitych, gwałconych, mordowanych... Poniżanych na wszelkie sposoby.
Niewyobrażalnie nieludzko...

MAM PRAWO WRZESZCZEĆ, MAM PRAWO STANĄĆ NAPRZECIWKO OPRAWCY I WYDAĆ Z SIEBIE GŁOS SPRZECIWU, WALKI, BÓLU.
MAM PRAWO ZACISNĄĆ PIĘŚCI, BIĆ Z CAŁYCH SIŁ, KOPAĆ, UCIEKAĆ, GDY NIE MA INNEGO WYJŚCIA.

MAM PRAWO BYĆ WŚCIEKŁĄ SUKĄ, MAM PRAWO BYĆ W BÓLU, HISTERII, ROZPACZY. MAM PRAWO WALCZYĆ DO OSTATNIEJ KROPLI KRWI.

MAM PRAWO STANĄĆ PO SWOJEJ STRONIE.


KOCHAĆ


Czasem miłość wygląda inaczej niż w disneyowskiej bajce, grzecznym serialu, produkcie, który nam sprzedaje społeczeństwo.

Miłość ma każdy kolor i każdy smak.
Nie ma granic ani definicji.

Jest ulotna, nieuchwytny, a jednocześnie nie ma niczego co byłoby bardziej oczywiste od Jej Istnienia.

Miłość daje miejsce w tym świecie na dokładnie wszystko.
Czy może być lepszy dowód na Jej bezwarunkowość?


Świat jest niezaprzeczalnym dowodem Jej Istnienia.





sobota, 7 września 2013

Życie na niby

Niby 
wszystko jest OK
Wygląda bardzo ładnie.
Z zewnątrz.

Jest ładny dom
(nie ma tu jednak miejsca na dobrą sztukę, nieład, spontaniczność, na brud...)
Sztuka jest umierakowanie dobra, zrozumiała, przyjemna.
Wszystko jest najwyżej w "niewielkim nieładzie", takim przyzwoitym.
Ale przeważnie wszystko jest posprzątane.
Gotowe na przyjęcie niespodziewanego gościa.
Żeby go nie zapeszyć, zawsze jest "nie do końca idealnie",
bo jestem mistrzynią skromności.

Mam ubezpieczenie, zebrane pieniądze na emeryturę.
Nie za dużo (bo za dużo przecież nie przystoi!).
Nie ma miejsca na ryzyko.
Na "nieprzemyślane zachowania"
Na szaleństwo.

Gdy ktoś z otoczenia tak robi:
Wychyla się, robi rzeczy "niegrzeczne", "seksualnie wyzywające", dzikie,
Krytykuję, oceniam, karcę.
Przewiduję "zły koniec"
Przestrzegam, udając "dobrego przyjaciela, który dobrze życzy".

Na niby 
się rozwijam.
Przepisowo chodzę na warsztaty rozwojowe.
Zgodnie z modą:
Najpierw joga, potem ustawienia hellingerowskie, tantra, mindfulness ...
Ale nigdy nie wchodzę zbyt głęboko,
tylko tyle żeby pokazać sobie i innym "ile już przerobiłam".
Radzę innym: co mają zrobić, jak pracować, jakie metody byłyby najskuteczniejsze.
Bo wszystko już wiem, "przecież tyle już przerobiłam"!

Tylko zupełnie nie wiem czemu co jakiś czas zapadam się w depresję,
Nie mogę spać,
Wciąż się za coś karcę: że jem za dużo, że przytyłam, że za mało praktykuję...
Towarzyszy mi ciągłe napięcie.

Tak trudno to ukryć, tyle mnie to kosztuje wysiłku, to tak boli!!!

Czyżbym jednak się nie zmieniała, nie rozwijała?
Tyle lat pracy, a ja wciąż jestem nieszczęśliwa???
Nie, nie, nie, to niemożliwe!
Zaraz temu wszystkiemu zaprzeczę, przecież jestem w tym mistrzynią!
Umiem udawać przed samą sobą najlepiej na świecie: jest OK, wspaniale, głowa do góry!
Najwyżej trochę sobie popłaczę, zadzwonię tam gdzie trzeba, może nawet mam wianuszek wiernych "mamusiów", "tatusiów", "terapeutów", którzy utulą, stłumią wyjące z bólu dziecko i zaciskając pośladki, pójdę kolejny dzień do pracy której nienawidzę (ale uparcie wmawiam sobie i innym, że to lubię), poćwiczę kolejny raz zestaw asan (którymi w głębi ducha rzygam i mnie niemiłosiernie nudzą), które dadzą mi chwilowy spokój i jak zwykle stłumią skutecznie emocje.
Zamienią w "jogina zombie".
Posiedzę w medytacji, gdzie będę sobie wyobrażała, że medytuję...
I znów wzmocnię w sobie przekonanie, że jestem mądrzejsza i lepsza od większości ludzi zanurzonuch po uszy w samsarze.
Bo w sumie całkiem nieźle wyglądam, mam zgrabne ciało jak na swój wiek, przyklejone uśmiech i wymedytowany aksamitny głos.

Zdradzają mnie tylko bezdennie smutne oczy pełne niewylanych łez, od wielu lat...
Oraz napięcie w głosie pełnym wyrzutu - utknięty w gardle, niewyrażany od dawna gniew, jak czarna gula, narastająca czym dłużej zatrzymywana, co jakiś czas wychądząca niekontrolowaną złością wyrzucaną na to co popadnie, co znajduje się blisko...

Czasem udaje mi się znaleźć kogoś, partnera, przyjaciółkę.
Której/któremu będę mogła się wypłakiwać do woli.
Stłumić wyjącą we mnie samotność, chociaż na chwilę, tymczasowo...

Cudowna natura współuzależnienia.
Tak często mylona z miłością!

Mój ukochany daje mi to czego sama dać sobie nie umiem.
Zapełnia dziurę nie do zapełnienia, nigdy nie do końca, bo zapełnić się jej nie da.
Daje jednak iluzję czegoś stałego, właściwego, czegoś "na co warto czekać", "po co warto żyć".
Społecznie akceptowalne relacje.
Jak z filmu, piosenki, reklamy...
Ładne, solidne, długotrwałe.
Współzależne robienie sobie dobrze:
Jedno czuje się dobrze, bo jest takie pomocne, ratujące, nareszcie się komuś przydaje, jest "niezbędne", często pracuje jako terapeuta, nauczyciel jogi, partner nie do zdarcia, wierny do grobowej deski, "idealny", doskonały katolik, czysty aniołek.
Drugie czuje sie dobrze, bo ma opiekę, karmiciela, słuchacza,
Kogoś kto ma niewyczerpaną cierpliwość, wszystko zniesie, uniesienia, zrozumie, poklepie, przytuli...

Pod spodem dzieje się gwałt,
Przemoc,
Morderstwo, 
krew płynie rwącymi strumieniami, 
Rozpaczliwe wycie z bólu...

Od lat niewysłuchiwane potrzeby,
Zgwałcone i zarżnięte czujące serce,
Stłumiona brutalnie seksualność,
Ukarana,
Spalona na stosie.
Okaleczona dusza,

Anioł bez skrzydeł.


Niech cały ten lęk,
Samotność,
Ból,
Rozpacz,
Wyleją się ze mnie szeroką rzeką w ramionach kochającej Matki.
Niech wylewają się w każdej chwili, kiedy tylko przyjdzie taka potrzeba.
Niech nie będzie we mnie ani odrobiny zaciśnięcia, zatrzymania,
gwałtu.
Niech wszelka przemoc, zauważona, naturalnie zniknie,
pęknie jak bańka mydlana, 
niegroźna, 
nieistniejąca,

wymyślona.



Jestem sobie 
Miłością,
Zrozumieniem, 
Ciszą.
Skrzydłami Anioła
których nigdy nie utraciłam.